Austria i Czechy – z panią Stefanią

Wiedeń - Schonbrunn - Cesarska toaleta

Austria i Czechy – z panią Stefanią

Wycieczka do Wiednia, po drodze zwiedzanie jaskini w Morawskim Krasie. Zakwaterowanie w Bratysławie. Maj 2002. Mieliśmy wyjeżdżać o 16.30 spod dworca PKS w Gdańsku. O dwunastej zadzwoniono jednak z biura, że o 1730 podjedzie po nas kierowca. Tego jeszcze nie przerabiałem. Nie słyszałem też o tak daleko posuniętej życzliwości biura turystycznego. Zobaczymy, co będzie dalej. Gorzej, że zaczyna się robić brzydka pogoda. Oby nie było tak, jak przed rokiem w Amsterdamie, a zwłaszcza w Wersalu, gdzie przemokłem do suchej nitki.

Pięć minut przed osiemnastą rozległ się dźwięk dzwonka u moich drzwi. Wreszcie! Pojawiło się dwóch sympatycznych młodych ludzi, którzy oznajmili, że zawiozą nas do Poznania. Wsiedliśmy z Piotrkiem do okazałego peugeota „partner” i ruszyliśmy w drogę. W Poznaniu, przed dworcem kolejowym, zjawiliśmy się kwadrans przed 23. Miał tu na nas czekać autokar. Okazało się jednak, że jest jeszcze gdzieś na trasie. Usiedliśmy więc w busie, którym przyjechały cztery panie ze Szczecina. One, w przeciwieństwie do nas, nie jechały do Wiednia lecz do Pragi. Witours zorganizował bowiem dwie imprezy rozpoczynające i kończące się w tym samym czasie. Tak więc wspólnie oczekiwaliśmy na dalszy transport.

01.05.02. Środa
Autokar zajechał 45 minut po północy. Nie był to bynajmniej reklamowany w katalogu firmy autokar LUX z WC, klimatyzacją i wideo, lecz poczciwy autosan, wypożyczony z zakopiańskiego PKS. Nawiew co prawda jakiś tam był, ale na pewno nie można go nazwać klimatyzacją. Telewizor również był zainstalowany, ale żadnego filmu nikt nie zobaczył. O WC można było tylko pomarzyć.
Przy zajmowaniu miejsc okazało się, że nie tylko my oczekiwaliśmy tak długo. Na dworcu znajdowała się bowiem również grupa Poznaniaków, która nie wiedziała o możliwości schronienia się w busie (zresztą i tak nie było tam aż tylu miejsc). Nie był to wszakże koniec niespodzianek. Pilot poinformował nas, że ten autokar podwiezie nas tylko do Bielska-Białej, gdzie mamy przesiąść się do kolejnego, gdyż ten docelowo jedzie do Pragi. Faktycznie, w Bielsku-Białej już po półgodzinnym oczekiwaniu (o 7.30 ) mogliśmy umieścić swoje klamoty w nowym autokarze, notabene różniącym się od poprzedniego tylko numerem rejestracyjnym.

Sporym zaskoczeniem był dla mnie widok pilotki. Nie mam nic przeciwko starszym osobom, ale uważam, że w wieku siedemdziesięciu lat stosowniejsza jest rola turystki niż opiekuna grupy. Pani Stefania, nawet sympatyczna jako człowiek, zupełnie nie znała trasy, o czym przekonaliśmy się już w Czechach, gdy przez ponad godzinę szukaliśmy drogi do jaskiń Morawskiego Krasu. Ostatecznie trafiliśmy tam przed czternastą. Wykupiliśmy bilety po 40 kcs od osoby dorosłej i 20 od studenta i przez pół godziny zwiedzaliśmy Jaskinię Katarzyńską.

Towarzyszyła nam czeska przewodniczka, która mówiła dużo i ze swadą, niestety w swoim ojczystym języku, który – choć podobny do naszego – jest trudny do zrozumienia przy szybkiej wymowie. Na szczęście nie było to muzeum, a stalaktyty i stalagmity jakie są, każdy widzi sam. Swoją drogą jaskinia ta, jedna z wielu w tym rejonie, sprawiała wrażenie, jakby była przygotowana specjalnie dla turystów. Betonowe schodki, takież chodniki, elektryczne oświetlenie, specjalnie ułożone rumowiska skalne – to według mnie zbyt duża ingerencja w to, co natura sama stworzyła. Ale czemu ja się dziwię? Przecież wszędzie przyjęty jest zwyczaj podrasowywania zabytków.

O 19.00-ej dotarliśmy do Bratysławy, gdzie zakwaterowaliśmy się w hotelu o takiejże nazwie. Standard całkiem przyzwoity: telewizor (niestety, brak polskich programów), telefon, wanna, prysznic, balkon, etc. Kolację zjedliśmy w oddalonej o 400 metrów restauracji „Jadran”. Zaserwowano rosół z makaronem i ziemniaki ze schabowym plus surówki. Drugie danie było tak obfite, zwłaszcza wielkość kotleta była imponująca, że nie mogłem sobie z nim poradzić.

Po kolacji zszedłem do hotelowego barku. Za 0,33 litra piwa „Zlaty Bażant” zapłaciłem 49 SKK (koron słowackich), podczas gdy w markecie kosztowało ono 21,50. Ale mądry Polak po szkodzie. Nie dałem się za to skusić na wizytę w night klubie, w którym kelnerki paradowały w stroju topless, a dodatkową atrakcją był striptiz. Przyjemność ta kosztowała bowiem 100 SKK za wejście plus ewentualne zamówienia.

02.05.02. Czwartek
Śniadanie w hotelu. Schodzimy o 7.45. Obowiązuje szwedzki bufet. Niestety, jest on wyjątkowo pusty. Okazuje się, że śniadanie jest tu serwowane już od szóstej. Inne grupy wstały więc wcześniej i mocno przerzedziły zapas produktów spożywczych. Na szczęście obsługa wkrótce uzupełniła wiktuały i każdy mógł się najeść do woli. Spektrum potraw było naprawdę szerokie: od potraw mlecznych poczynając, poprzez sery, wędliny, jaja, owoce, ciasta, sałatki, aż po pieczone kiełbaski i boczek oraz gotowane parówki.

Przed dziewiątą wyruszamy do Wiednia. Niestety, już po paru kilometrach czeka nas przykra niespodzianka: granica słowacko-austriacka. Przed nami kilkanaście autokarów. Słowacy odprawiają nas stosunkowo szybko. Austriacy natomiast celebrują odprawę. Polecają wszystkim wyjście z autokarów i udanie się z paszportami do specjalnego pomieszczenia. Tam skanują paszporty i wbijają stemple. Siłą rzeczy trwa to bardzo długo. Na dworze jest upał, zatem turyści (9/10 to Polacy) snują się po całym parkingu. Wreszcie przychodzi kolej na nasz autokar.

Wszystko przebiega płynnie do momentu, gdy przed okienkiem pojawia się Piotrek. Celnik, z sobie wiadomych powodów nabiera wobec niego podejrzeń. Może to kwestia jego długich włosów lub naszywki z nazwą metalowego zespołu na koszuli. Kto to może wiedzieć? W każdym razie celnik chce wiedzieć, czy mój syn ma pieniądze na pobyt w Austrii. Pilotka mówi, że ja jestem „Vather”. Pokazuję więc swój paszport oraz zwitek banknotów, wśród których znajduje się bardzo niewiele euro. Widać jednak celnika zadowolił sam fakt, że Piotrek nie podróżuje sam i oddał mu paszport. A swoją drogą, jest to jawne szykanowanie polskiego turysty. Przecież w przypadku zorganizowanej grupy wiadomo jest, że każdy ma opłacone wyżywienie i zakwaterowanie. Po co więc domagać się środków finansowych na pobyt?

Po trzech godzinach tkwienia na granicy ruszamy do Wiednia. Docieramy tam o 13.20 . Wysiadamy na Karntnerstrasse, przy operze. Stąd udajemy się w kierunku katedry św. Stefana. Po drodze mijamy kościół Kapucynów, lecz nie wchodzimy do niego. A szkoda, bo znajduje się tam krypta z grobowcami cesarzy, m.in. sarkofag Franciszka Józefa. Przechodzimy obok nowego centrum handlowego i znajdujemy się na Placu Graben. Podziwiamy fasadę katedry św. Stefana i przez piętnaście minut zwiedzamy jej wnętrze. Oczywiście sami, gdyż pani Stefania twierdzi, że jej nie wolno oprowadzać wycieczek. Od tego są bowiem kwalifikowani przewodnicy, którzy ponoć nie znoszą gdy piloci sami udzielają informacji swoim grupom. Może i tak jest, ale spotkałem się już z pilotami, którzy ignorowali te obostrzenia i włos im z głowy nie spadł. Zyskali za to wdzięczną pamięć swoich grup.

Po wyjściu z katedry szybkim marszem kierujemy się ku Hofburgowi. Ledwie zdążam zrobić zdjęcia Kolumny Morowej, kościoła św. Piotra, a potem św. Michała, a już wchodzimy Traktem św. Michała na dziedziniec pałacu.

Strony: 1 2

3.01.2013 | admin