Bośnia i Hercegowina – Bałkańskie Skarby

Chorwacja - Neum - brzeg

Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Czarnogóra, Albania i Serbia.

Pierwszym punktem wycieczki objazdowej pod nazwą „Bałkańskie Skarby” było Sarajewo. Przyjechaliśmy tutaj w niedzielę rano, piątego września 2010 roku, po prawie trzydziestogodzinnej podróży z Gdańska. Zatrzymaliśmy się nad rzeką Miljacka, nieopodal remontowanego po zniszczeniach wojennych gmachu biblioteki. Tutaj Karolina Brusic, pilotka z Rainbow Tours, przekazała naszą grupę lokalnej przewodniczce Małgorzacie.

Oficjalne zwiedzanie stolicy Bośni i Hercegowiny trwało około półtorej godziny. Zobaczyliśmy między innymi miejsce, w którym Gawrilo Princip dokonał zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Przeszliśmy przez bazar, na którym w 1994 roku w wyniku ostrzału artyleryjskiego zginęło 68 osób cywilnych. Obejrzeliśmy sarajewskie sukiennice, katedrę Serca Jezusowego i meczet Gazi Husrev-beja.

W czasie wolnym spacerowaliśmy po wąskich uliczkach Starego Miasta. Pełno tu różnego typu kramów i straganów z pamiątkami. Nie brak też żebraków. W Sarajewie bezrobocie sięga 40 procent, więc siłą rzeczy istnieją tu duże obszary ubóstwa. Na wielu budynkach wciąż widać ślady wojny sprzed 15 lat. Na chodnikach czerwone plamy farby przypominają o ofiarach snajperów.

Postanawiamy spróbować lokalnego jedzenia. W jednej z restauracji zamawiamy CEVAPI, czyli tłuste kiełbaski zapiekane w cieście pita. Danie to jest bardzo pożywne i stosunkowo tanie. Porcja kosztuje 7 marek bośniackich, czyli około 14 złotych. Niedrogie są tu również owoce, np. za kilogram winogron zapłaciliśmy równowartość jednego euro.

Po południu pojechaliśmy do hotelu „Sunce”. Zlokalizowany jest on na przedmieściach Sarajewa (około 20 minut jazdy od centrum). Zbudowano go niedawno, bo w 2002 roku, ale jeszcze nowszy jest cmentarz muzułmański, na który rozpościera się widok z okien połowy pokoi, w tym również z naszego. Nie przeszkadza mi to zbytnio, gdyż białe nagrobki są swoistym urozmaiceniem porośniętego suchą trawą wzgórza, a leżący po nimi zmarli nie stanowią przecież żadnego zagrożenia. Pokój jest obszerny i czysty. W łazience zamontowana suszarka do włosów.

W okolicy sporo nowych budynków. Na niemal każdym balkonie widać wywieszone pranie. Tutejszą specyfiką są także sągi porąbanego drewna, ustawione przy ścianach bloków. Kolacja jest serwowana przez kelnerów. Na początek otrzymujemy małą porcję rosołu, a następnie trochę spaghetti z mieloną wołowiną. Do tego nieco surówki z kapusty i cienki plasterek arbuza na deser. Aha, jest też woda do popicia… Zupełnie inaczej wygląda śniadanie. W ramach szwedzkiego bufetu można do woli najeść się smacznym chlebem, twarogiem i nieco mniej smaczną wędliną.

W poniedziałek rano opuszczamy Sarajewo i udajemy się w kierunku Mostaru. Pani Karolina, osoba tyleż elokwentna co i korpulentna, opowiada nam ze szczegółami o historii i zwyczajach ludów bałkańskich. Trzeba przyznać, że jest świetnie zorientowana w temacie i sprawnie porusza się w problematyce zagmatwanych dziejów tego regionu. O ile dobrze zrozumiałem, spędziła tutaj dzieciństwo, stąd znajomość języka i łatwość rozróżniania narodowościowo-religijnych niuansów.

Około dziesiątej zatrzymujemy się w Jablanicy nad rzeką Neretwą. Tutaj w 1943 roku odbyła się wielka bitwa, w trakcie której partyzanci pod wodzą Josipa Broz Tito wysadzili most. Teraz znajduje się tutaj muzeum oraz szczątki tego mostu, częściowo leżące w Neretwie. Nad samym brzegiem rzeki stoi także na pamiątkę tamtych czasów lokomotywa parowa z jednym wagonem.

O jedenastej dojeżdżamy do Mostaru. To kolejne miasto bardzo mocno doświadczone w czasie ostatniej wojny bałkańskiej. Tym razem naszą przewodniczką jest Nadina. Prowadzi nas najpierw pod kamienny Stary Most. Został on zbudowany w XVI wieku i przez szereg lat służył pojednaniu chrześcijan i muzułmanów. Jednakże w 1993 roku Chorwaci celowo go zniszczyli (historię ostrzelania i odbudowy mostu oglądaliśmy na specjalnym pokazie filmowym). Dzięki pomocy UNESCO i Banku Światowego most został zrekonstruowany i ponownie oddany do użytku w 2004 roku. Miejscowi często skaczą z jego najwyższego punktu (ponad 20 metrów) do Neretwy. Za przyjemność popatrzenia na taki skok trzeba zapłacić 1 euro od osoby, ale nasza grupa jakoś nie skorzystała z zachęcających gestów oczekujących skoczków. Może dlatego, że właśnie popsuła się pogoda i w drodze do meczetu Koski-Mehmed- Paszy dopadł nas deszcz.

We wnętrzu meczetu byłem właściwie po raz pierwszy (dawniej zdarzało mi się jedynie zaglądać do środka z przedsionka). Przewodniczka zdjęła buty i weszła za linę przegradzającą meczet na dwie połowy. My zostaliśmy w obuwiu po drugiej stronie, słuchając opowieści o obrzędach muzułmańskich.

W tzw. domu tureckim dwoje z uczestników naszej wycieczki miało okazję przebrać się w lokalne stroje. Szczególnie mocno spodobało się to pewnej pani, która pozowała do zdjęć niczym zawodowa modelka, choć wcześniej powinna raczej spojrzeć w lustro, bo kalendarz nie stoi, niestety, w miejscu…

Strony: 1 2 3

18.08.2013 | admin