Chorwacja, Słowenia – nad brzegiem Adriatyku

P1080114

Chorwacja, Słowenia – nad brzegiem Adriatyku

Wycieczka objazdowa z biura Rainbow Tours w dniach 20-26 września 2008 r. Zwiedzanie Lublany, Splitu, Dubrownika, Omisza, Trogiru, Parku Krka i Jezior Plitwickich

Pobudkę w nocy z 19 na 20 września mieliśmy o godzinie 2.50. Czterdzieści minut później mieliśmy bowiem planowany odjazd spod dworca PKS. Autokar podjechał jednak z opóźnieniem i w rezultacie wyjechaliśmy z Gdańska dopiero o 4.10.

Pierwszy dłuższy postój mieliśmy w Nartach pod Łodzią. Znajduje się tutaj zajazd „Potargana Chałupa”. Osobiście uważam, że piloci Rainbow Tours mają jakiś nieformalny układ z właścicielami tego lokalu, gdyż tak dziwnie się złożyło, że również w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się tutaj na godzinny popas). Sam zajazd jest dość sympatyczny i – co warto podkreślić – oferuje spory wybór dań i napojów po naprawdę umiarkowanych cenach. Nie można już tego powiedzieć o jadłodajni „U Dworu” w Woszczycach pod Katowicami, gdzie dojechaliśmy po południu – ceny wygórowane (kotlet schabowy 21 zł), klimat daleki od swojskiego i zbyt mała ilość personelu..

W Woszczycach jest coś w rodzaju punktu przeładunkowego Rainbow Tours. Autokary zwożą tu turystów, którzy wcześniej zapisali się na różne wycieczki z terenu całej Polski. Są to tak zwane dojazdy antenowe. Dopiero tutaj następują przesiadki i rozpoczyna się właściwa podróż w konkretne miejsca, np. do Grecji, Włoch czy też do Chorwacji.

Nasza wycieczka odbywała się pod nazwą „Chorwacja – Wzdłuż Adriatyku”. Zwiedzanie zaczęliśmy jednak od stolicy Słowenii – Lublany, do której przyjechaliśmy wczesnym rankiem w niedzielę. Praktycznie przy świetle latarni ulicznych obejrzeliśmy katedrę, ratusz, kilka mostów (Smoczy, Szewców i Trójmostowie) a także pomnik poety France Preszerena. Rzuciliśmy też z daleka okiem na górujący nad starówką zamek.

Również na terenie Słowenii odwiedziliśmy jedną z największych w świecie jaskiń, którą miejscowi nazywają Postojnska Jama (Jaskinia Postojna). Długość tej jaskini określa się na ponad 27 kilometrów. My przejechaliśmy 2 kilometry kolejką oraz nieco ponad kilometr przeszliśmy piechotą, podziwiając fantastyczne kształty stalagmitów i stalaktytów.



Jak w każde miejsce o dużym natężeniu ruchu turystycznego (ponad pół miliona turystów rocznie) również tutaj wkradła się komercja. Już przy wejściu dwóch fotografów robi zdjęcie każdemu wchodzącemu do jaskini. Po zakończeniu zwiedzania (ok. półtorej godziny) wydrukowane zdjęcia z twarzami turystów na tle jaskini i okolicznościowym podpisem czekają już na nabywców. Sęk w tym, że jedna fotka kosztuje aż 6 euro. Z wystawionych fotografii nie wolno oczywiście robić własnych zdjęć, a każda próba sfotografowania swojej podobizny spotyka się ze stanowczą reakcją personelu (osobiście zdążyłem pstryknąć fragment wystawy, z której następnie wypreparowałem moją facjatę).

Z Jaskini Postojnej ruszyliśmy już prosto do Chorwacji. Jechaliśmy najpierw Magistralą Adriatycką, a następnie skręciliśmy na autostradę, z której widoki nie były już tak atrakcyjne. Czas umilała nam jednak nasza pilotka Magdalena Gwoździk. Ze swadą i znajomością tematu opowiadała o mijanych okolicach a także o zagmatwanej historii Chorwacji. Po drodze spotykaliśmy sporo tuneli, z których dwa najdłuższe liczyły po około sześć kilometrów. Za ostatnim z nich radykalnie zmieniła się pogoda. Zniknęły gdzieś towarzyszące nam do tej pory chmury i pokazało się czyste niebo Dalmacji.

Do hotelu „Dalma Brzet” w Omiszu nieopodal Splitu dotarliśmy po 39 godzinach od wyjazdu z Gdańska. Hotel usytuowany jest tuż nad brzegiem morza, składa się on z trzech jednopiętrowych pawilonów oraz stojącej osobno stołówki. W godzinę po przyjeździe udaliśmy się na kolację. Zupę i danie główne do stołu przynosiła obsługa. Z dużego wyboru surówek można było korzystać na zasadzie szwedzkiego stołu. Z kolei deser (w tym konkretnym dniu banany) był reglamentowany. Generalnie jednak serwowanie posiłków w tym hotelu przebiegało sprawnie i bez żadnych problemów. Dla ułatwienia pracy personelowi kuchni dzień wcześniej można było wybierać i zamawiać sobie danie (z trzech dostępnych) na dzień następny.

W hotelu zorientowałem się, że zapomniałem zabrać ze sobą przejściówki z angielskiej wtyczki na europejską do ładowarki, a tymczasem moja komórka była już bliska rozładowania. Co robić w takiej sytuacji? Można szukać wśród gości hotelowych kogoś, kto akurat posiada ładowarkę do konkretnego typu telefonu, ale to dość kłopotliwe, zwłaszcza późnym wieczorem. Można też przypomnieć sobie serial, w którym niejaki Mc Giver robił „coś z niczego”. Wybrałem tę ostatnią opcję. Przy pomocy scyzoryka z wmontowanymi szczypcami wyciąłem z wieszaka (tak, tak, wiem -dewastacja mienia hotelowego) dwa druty o długości około pięciu centymetrów każdy. Włożyłem je następnie po kolei do dziurek w gniazdku. Do wystających końcówek przyłożyłem spłaszczone bolce angielskiej wtyczki, a całość połączyłem przy pomocy plastikowych spinaczy używanych zwykle przy suszeniu prania. Mój wynalazek działał bez zarzutu aż do końca pobytu…

W poniedziałek pobudka przed siódmą. Pół godziny później śniadanie (szwedzki bufet). Parę minut po ósmej wyjeżdżamy do Parku Narodowego Krka, który leży nad rzeką o tej samej nazwie. Znajduje się tu sporo malowniczych zakątków, w tym kilkanaście niewielkich wodospadów. Moim zdaniem miejsce to jest nieco przereklamowane, ale to kwestia gustu. Tuż obok wodnych kaskad znajduje się mały skansen oraz sporo stoisk z pamiątkami, a także z rakiją, miodem oraz oliwą z oliwek.

Z parku Krka udajemy się do Splitu. W tym największym mieście Dalmacji odwiedzamy najpierw pałac cesarza Dioklecjana, a właściwie to co z niego pozostało do naszych czasów. Historię obiektu i sylwetkę samego cesarza (ponoć jedynego rzymskiego władcę, który dobrowolnie przeszedł na „zasłużoną emeryturę”) przybliżył nam miejscowy przewodnik Jan – Chorwat z urodzenia, ale świetnie mówiący po polsku. Z pałacu (wpisanego na listę dziedzictwa kulturalnego UNESCO) przeszliśmy do dawnego mauzoleum Dioklecjana, w którym obecnie mieści się katedra pw. Św. Duji. Tu nie wolno było robić zdjęć ani też filmować.

Godzinę czasu wolnego każdy mógł sobie zagospodarować według własnego uznania. Ja z żoną poszedłem najpierw na miejscowy rynek. Zaskoczyły nas nieco wysokie ceny owoców. Sądziliśmy bowiem, że skoro w tutejszym klimacie dojrzewa tak dużo różnych gatunków jabłek, oliwek, granatów czy winogron, to będą one tanie. Tymczasem w wielu przypadkach ceny były wyższe niż w Polsce. Jedynie nieco przejrzałe banany miały przystępną cenę sześciu kun za kilogram. Stosunkowo tanio, bo za 42 kuny nabyliśmy tez ponad kilogramowy krążek sera domowej roboty.

Strony: 1 2

11.12.2012 | admin