Kenia – U stóp Kilimandżaro

011

Kenia – U stóp Kilimandżaro

Krótka relacja z safari po kenijskim Parku Narodowym Amboseli, które odbyłem w styczniu 2006 roku.

Polskę opuszczałem w mroźny styczniowy poranek, już kilkanaście godzin później lądowałem na półkuli południowej w Nairobi, gdzie był właśnie środek lata. Na lotnisku Jomo Kenyatty oczekiwał na mnie Sammy, kierowca z Best Camp. Dowiedziałem się od niego, że w safari po Amboseli oprócz mnie uczestniczyć będzie dziewczyna z Hiszpanii. Wieczorem po zameldowaniu się w hotelu, odbyłem jeszcze krótki spacer po centrum Nairobi.

Nazajutrz po załatwieniu formalności w biurze Best Camp. wyruszyliśmy w drogę. Pierwszą część trasy, do Namangi, jechaliśmy drogą asfaltową w dość kiepskim stanie. Drugi 50–cio kilometrowy odcinek prowadził drogą szutrową pełną dziur i poprzecznych garbów. Kiepski stan drogi nie spowodował ostrożniejszej jazdy tak, że pędziliśmy w tumanie kurzu często wręcz „ślizgając” się po drodze. Miało to i dobre strony, gdyż już po niecałej godzinie staliśmy pod bramą wjazdową do parku. Po kupnie biletów mogliśmy wreszcie przygotować aparaty fotograficzne i zacząć „polowanie”.

Do Amboseli wjechaliśmy od strony wyschniętego jeziora tak, że poruszaliśmy się po bezkresnej równinie pokrytej wyschniętą na wiór trawą. Gdzie niegdzie widzieliśmy pasące się zebry i antylopy gnu. Przez cały czas miało się wrażenie, że w oddali znajduje się woda, widać było nawet jak odbijają się w niej krzewy i drzewa tam rosnące. Była to jednak fatamorgana, gdyż w miarę jak się zbliżaliśmy widok ten się oddalał. Po pewnym czasie dojechaliśmy do bagien powstałych z topniejącego, na wierzchołku Kilimandżaro, śniegu. W okolicy bagien spotkaliśmy nieduże stado bawołów afrykańskich i kilka słoni. Z ciekawszych scenek, które zaobserwowałem tego dnia mogę wymienić: gnu goniące młodego geparda (chitę) oraz szczątki gazeli obgryzane przez sępy w pobliżu, których leżała lwica zbyt obżarta aby zareagować.

Późnym popołudniem udaliśmy się do naszego obozu. Tworzyło go kilka starych namiotów, „stołówka” tzn. zadaszona szopa otwarta z dwóch stron, w której znajdowała się ława i kilka krzeseł oraz „kuchnia” gdzie były przygotowywane posiłki. Pod pojęciem kuchnia rozumiem tutaj stół ustawiony na świeżym powietrzu oraz palenisko. W odległości kilkudziesięciu metrów znajdowała się toaleta i kran z zimną wodą. Jeśli się było wystarczająco odważnym można się było udać około dwustu metrów, gdzie znajdowała się buda z prysznicami.

Pierwszego wieczoru postanowiłem spłukać z siebie kurz, którym byłem pokryty. Jednak już po uruchomieniu tego urządzenia stwierdziłem, że był to nie najlepszy pomysł. Z prysznica poleciała strużka zimnej wody i to tylko przez chwilę a na domiar złego spadła mi na głowę nasadka prysznicowa. Doszedłem więc do wniosku, że kurz z Amboseli jest na tyle suchy, że w ogóle nie brudzi i w tym przekonaniu dotrwałem do hotelu w Arushy.

Wieczór spędzony w towarzystwie trzech Irlandczyków, udających się z jeziora Naivasha do Mombasy, upłynął w miłej atmosferze. W nocy długo nie mogłem zasnąć, w oddali słychać było śmiech hien oraz inne odgłosy sawanny. Chociaż obóz był ogrodzony płotem wykonanym z ciernistych gałązek akacjowych, zdawało mi się, że cały czas coś się wokół namiotu porusza. W środku nocy musiałem wyjść z namiotu. Okazało się wtedy, że to „coś” bardziej się mnie boi niż ja gdyż poza namiotem panowała cisza.

Rano pierwszym widokiem, który zobaczyłem był widok Kilimandżaro w pełnej krasie. Wschodzące słońce oświetlało górę tak, że rysowała się bardzo wyraźnie na tle nieba. Widać było nawet śnieg na wierzchołku. W ten sposób zrealizowało się częściowo moje marzenie. Góra była widoczna do 10–tej, potem pokryły ją chmury. Identyczna sytuacja miała miejsce dnia następnego.

Strony: 1 2

13.05.2013 | admin