Maroko w jeden tydzień

Maroko malownicze góry Atlas

W mieście znajduje się dużo zabytków. Na pierwszy plan, w sensie dosłownym wybija się minaret Kutubijja. Inne znaczniejsze zabytki to Kubba Almorawidów, medresa Ibn Jusufa, Grobowce Sadytów. Atrakcją samą w sobie są zakupy na suku, który znajduje się w medynie. Ta ostatnia zajmuje kilkaset hektarów podzielonych plątaniną wąziutkich uliczek. Nie mogą zmieścić się tam samochody, ale liczba motocykli przyprawia o zawrót głowy. Między nimi plączą się osiołki i ludzie na rowerach. Za którymś razem przyszło nam iść ponad kilometr jedną z ruchliwszych ulic. Ponieważ szliśmy pod oślepiające słońce to przeciskanie się pomiędzy pędzącymi skuterami naprawdę podnosiło poziom adrenaliny. W takiej dużej medynie w zasadzie każdy w końcu się zgubi, ale ludzie są bardzo pomocni i bez problemu wskażą właściwą drogę. Oczywiście, tak jak i w innych krajach arabskich kupcy zapraszają do zrobienia zakupów w ich sklepikach. Oglądając towary przypomniałem sobie jeden z programów W. Cejrowskiego, w którym pokazywał, w jaki sposób można powtórnie wykorzystać zużyte opony. Otóż, w Marrakeszu jest podobnie, bo z takiej opony można zrobić stolik, albo oprawę do lustra.

 


Jednak chyba najciekawszym miejscem w mieście jest plac Dżami-al-Fana. W dzień ma tu miejsce targ, ale wieczorem plac przeistacza się w centrum życia całego miasta. Widać, że plac nie jest tylko atrakcją dla turystów, ale równie chętnie korzystają z niego miejscowi. Atmosfera jest urzekająca i takiego drugiego miejsca nie ma w Maroku, a może i na całym świecie. Na placu pojawiają się bowiem tancerze, zaklinacze węży i różni „opowiadacze”, których słucha wielu widzów. Oczywiście można w tym czasie coś zjeść i napić się świeżego soku pomarańczowego. Duża szklanka kosztuje 1 PLN; trzeba zapomnieć, że ta szklanka była umyta tego dnia wielokrotnie w tym samym wiadrze z wodą. Mnie to zupełnie nie przeszkadzało, bo sok był wyśmienity i jakiś inny niż te zachwalane w naszych reklamach, że są bez konserwantów itp., itd.

Ponieważ w Maroku byliśmy tydzień i nie mogliśmy swobodnie dysponować czasem to możliwy był tylko jeden wyjazd do odległego o jakieś 150 km miasta Warzazat. Gdy tylko podeszliśmy do dworca to natychmiast kilka osób chciało nam „pomóc” trafić do odpowiedniej kasy z biletami. Droga przecinała góry Atlas wijąc się niemiłosiernie, a najwyższa przełęcz była położona na 2260m n.p.m. Wzdłuż drogi leżało sporo czarnych foliowych worków. Nie dziwiło mnie to zbytnio, bo w krajach arabskich (przynajmniej, w których byłem) śmieci nie są czymś niezwykłym, ale podczas tego przejazdu dowiedziałem się skąd wzięły się akurat wzdłuż tej drogi. Liczne serpentyny powodowały u niektórych pasażerów nudności, a później woreczki wyrzucone przez okno autobusu lądowały na poboczu. Generalnie jednak widoki były olśniewające. Góry Atlas były bardzo zróżnicowane kolorystycznie, zieleń przeplatała się czerwoną barwa skał. Zbocza urozmaicały pojedyncze drzewa przypominające nasze sosny. Co jakiś czas mijaliśmy wioski niemal przyklejone do gór. W pobliżu strumieni suszyło się pranie położone bezpośrednio na skałach. Od czasu do czasu w oddali widać było pasterzy i owce. Wydawało się to niezwykle sielankowe; może przyjechać tu kiedyś wiosną i pochodzić po górach … – może kiedyś.

Strony: 1 2 3

7.07.2014 | admin