Nepal – Wigilia w Himalajach

047

Następnego dnia z samego rana wyruszyliśmy na szlak. Najpierw trasa prowadziła w dół aż do rzeki Bhurunghi, po przekroczeniu której należało podejść ostro pod górę. Następnie minąwszy miejscowość Ulleri weszliśmy w las dębowo-rododendronowy. Dochodząc do wioski Banthanti nagle zauważyliśmy dwie dziewczyny idące z naprzeciwka. Były uzbrojone w karabiny. Długie czarne włosy miały przewiązane czerwonymi opaskami. Wyglądały bardzo malowniczo. Nasz przewodnik poszarzał na twarzy i bardzo zdenerwowanym głosem uprzedził nas, że za chwilę spotkamy się z maoistowskimi partyzantami. Prosił nas również, abyśmy zachowywali się spokojnie i wykonywali wszystkie ich polecenia.

Rzeczywiście po przejściu kilkuset metrów, na polanie po prawej stronie ścieżki, zauważyliśmy stolik, za którym siedział młody mężczyzna przypominający Guevarę. Za nim stały dwie bojowniczki z taśmami nabojów przewieszonymi przez piersi. Na stole leżał rewolwer. Partyzant skinął ręką, abyśmy podeszli jednocześnie każąc Ramowi pozostać z tyłu. Poprawną angielszczyzną zapytał nas z jakiego kraju pochodzimy a uzyskawszy odpowiedź, zapytał czy jesteśmy chętni „dobrowolnie” wesprzeć ich walkę datkiem w wysokości 1000 rupii (15 USD) od osoby. Na nasze pytanie, co nas czeka, jeśli odmówimy uśmiechnął się tajemniczo. W tej sytuacji poparliśmy ich sprawę i otrzymaliśmy stosowne pokwitowanie.

Już po powrocie do Pokhary, przeczytałem w lokalnej gazecie, że w dwa dni po naszym spotkaniu w tym samym rejonie wywiązała się potyczka między wojskiem a partyzantami, w której zginęło pięciu terrorystów.

Dalsza droga upłynęła bez żadnych przygód. Schronisko w Ghorepani składało się z kilku bungalowów oraz dużego budynku. W bungalowach były pokoje dla turystów wyposażone w prywatne łazienki. W głównym budynku, na piętrze, znajdowała się jadalnia. Było to duże pomieszczenie, pośrodku którego stał metalowy piec opalany drzewem. Dookoła były poustawiane ławy dalej stoliki z krzesłami. Wieczór spędziliśmy w towarzystwie grupy Malezyjczyków, których przewodnikiem był przyjaciel Rama. Chociaż szli tą samą trasą, niedługo po nas, nie spotkali już maoistów. Spotkaliśmy tam też angielską rodzinę, która zjechała się z całego świata, aby wspólnie spędzić Święta w Himalajach. Rodzice przybyli z Londynu natomiast troje ich dorosłych dzieci z różnych krajów Afryki i Azji gdzie pracowali jako wolontariusze. Opowieści o ich pracy wypełniły nam cały wieczór.

W wigilię 24 grudnia zostałem obudzony o wpół do szóstej. Czekała mnie wspinaczka na punkt widokowy Poon Hill skąd miałem obserwować wschód słońca. Ponieważ różnica poziomów wynosiła 450 metrów, na krótkim odcinku, podejście było dość męczące. Po osiągnięciu celu zdążyłem wypić kubek herbaty zanim rozpoczęło się widowisko. Promienie wschodzącego słońca zaczęły oświetlać ośnieżone wierzchołki masywów Dhaulagiri, Annapurny oraz Machhapuchhre, świętej góry Nepalu. W miarę jak słońce wędrowało w górę po niebie, kolor śniegu na szczytach zmieniał się od intensywnego pomarańczowego do oślepiającej bieli. Przejrzystość powietrza sprawiała, że widok zapierał dech w piersiach. W końcu spektakl dobiegł końca i rozpoczęliśmy schodzenie do schroniska.


Po śniadaniu wyruszyliśmy na szlak. Początkowo wspinaliśmy się na sąsiednie wzgórze skąd roztaczała się panorama na Ghorepani i znajdującą się nieco powyżej świątynię buddyjską. Następnie rozpoczęliśmy schodzenie do Tadapani, miejsca kolejnego noclegu. Ścieżka prowadziła dębowo-rododendronowym lasem o bardzo gęstym poszyciu. Również drzewa były porośnięte gęstym mchem, co sprawiało niesamowite wrażenie. Miejscami schodziliśmy po schodkach ułożonych z kamieni. Czasami szliśmy wzdłuż potoków górskich płynących wśród kamieni i tworzących gdzieniegdzie małe wodospady. Tam gdzie las tworzył polany mijaliśmy małe osady. Ich mieszkańcy, odcięci od świata, prowadzili proste życie niezmienne od wieków. Chociaż i tu widać było zmiany. Dawniej pozbawieni dostępu do wody i elektryczności mieli duże trudności w prowadzeniu swoich małych gospodarstw, częste były również przypadki śmierci z powodu dyzenterii. Od kilku lat rząd nepalski przy silnym wsparciu rządów państw Unii Europejskiej buduje w tym regionie ujęcia wody pitnej, ekologiczne oczyszczalnie i sieć elektryczną. Poprawie życia mieszkańców służą również wprowadzone dla turystów opłaty ACAP. Po kilku godzinnym marszu dotarliśmy do celu.

Teahouse w Tadapani składał się z kilku pokoików dla turystów oraz dużej prostokątnej sali, na środku, której znajdował się długi stół otoczony ławami. Pod stołem umieszczono metalową rynnę wypełnioną rozżarzonym węglem drzewnym. Podczas wieczoru gospodarze często uzupełniali węgiel. Jednocześnie z tyłu przez nieszczelne okna do pomieszczenia dostawało się chłodne powietrze. Powodowało to dla siedzących uczucie chłodu na plecach i żaru z przodu. Tego dnia w schronisku oprócz nas nocowali „nasi” Malezyjczycy, para Szwajcarów oraz trzech Australijczyków.

Po południu spadło parę płatków śniegu, wywołując entuzjazm naszych przyjaciół z Kuala Lumpur. Okazało się, że był to pierwszy śnieg w ich życiu, który widzieli w naturze. Wigilię zaczęliśmy tradycyjnie, dzieląc się jeszcze w pokoju, przywiezionym z Polski opłatkiem. Następnie udaliśmy się na wspólny posiłek przyrządzony przez gospodynię. Kolację zaczęliśmy od złożenia sobie życzeń. Nawet Malezyjczycy, będąc buddystami, chętnie się przyłączyli.

Po uroczystym posiłku każdy miał za zadanie zaśpiewać kolędę ze swojego kraju. Nam, Szwajcarom i Australijczykom nie sprawiło to żadnego kłopotu, gorzej było z Malezyjczykami, ale i oni wywiązali się z tego obowiązku. Resztę wieczoru spędziliśmy dzieląc się wrażeniami z pobytu w Nepalu. Ponieważ jutro drogi nasze i grupy z Malezji się rozchodziły pożegnanie „wzmocniliśmy” kilkoma łykami rumu. Żeby oddać nastrój należy wspomnieć, że wigilia upłynęła w blasku świec z powodu awarii instalacji elektrycznej, która miała miejsce miesiąc wcześniej.

Strony: 1 2 3

19.12.2013 | admin