Norwegia – W poszukiwaniu trolli

Norwedia - Jęzor Nigardsbreen - Lodowiec Jostedalsbreen 3

Na nocleg rozbiliśmy się przy drodze 604, dwanaście kilometrów przed Gaupne. Nocowała tu również para Czechów. Przed snem rozpiliśmy jedną z dwóch zabranych przeze mnie z Polski butelek Wyborowej. Powiedzmy, że miało to być panaceum na ewentualny katar…

Na środę zaplanowaliśmy przejazd przez góry Jotunheimen. Wcześniej jednak kupiliśmy w Wassbakken pocztówki (7 NOK za sztukę) i znaczki (8,50 NOK), aby dać naszym bliskim jakiś ślad pamięci, a może tylko pochwalić się pobytem w tych stronach. Po wykonaniu prawie 500 zdjęć wyczerpały się akumulatorki w moim aparacie. Na szczęście zabrałem ze sobą zapasowy komplet baterii.

Przez Jotunheimen prowadzi dość wąska i bardzo stroma droga nr 55. Wiele podjazdów mogłem pokonać jedynie na drugim biegu. Za to za każdym przejechanym zakrętem pojawiały się coraz bardziej malownicze widoki. Kilka razy zatrzymywaliśmy się przy co bardziej interesujących punktach widokowych, aby nacieszyć oczy i uwiecznić choć niektóre elementy pięknej przyrody. Trzeba bowiem wiedzieć, że na poznanie Jotunheimen nie wystarczy jednodniowa przejażdżka. Te góry można zwiedzać całymi tygodniami, a i to bez pewności, że wszystko się zobaczy.


Nieco w dolinie, otoczone górami, leży miasteczko Lom. Zatrzymaliśmy się tutaj, aby obejrzeć drugi już stavkirke. Ten kościółek pochodzi z XIII wieku i jest jednym z największych tego rodzaju obiektów w Norwegii. Za jego zwiedzanie również trzeba płacić (40 NOK), mimo iż jest to nadal czynna świątynia.

W Lom za 0,5 kilograma truskawek zapłaciliśmy 20 koron, podczas gdy w innych miasteczkach ta sama ilość kosztowała 25 NOK. Stosunkowo tanie są tu natomiast lody. Za dwukilogramowy pojemnik Krzysztof zapłacił tylko 25 NOK. We czworo nieźle się namęczyliśmy, żeby podołać tak dużej porcji.

Kolejny etap naszej podróży wypadał w Geiranger. Nie pojechaliśmy tam jednak z Lom najkrótszą drogą, czyli 15 i 63. Z drogi nr 15 skręciliśmy bowiem w wąską szutrową drogę nr 258, aby podziwiać iście księżycowy krajobraz. Na przestrzeni wielu kilometrów nie było widać żadnego drzewa. Wszędzie tylko kamienie, woda i śnieg. Aby wyminąć się z samochodem jadącym z przeciwka, trzeba było zatrzymywać się na specjalnych mijankach. Spod kół nieustannie unosił się kurz, który osiadając na karoserii i szybach, dawał namiastkę udziału w rajdzie terenowym.

Po powrocie na drogę nr 15 zaliczyliśmy jeszcze kilka długich tuneli i wjechaliśmy na drogę 63 prowadzącą bezpośrednio do Geiranger. Do tej najbardziej chyba obleganej przez turystów wioski dotarliśmy tuż przed wieczorem. Dla samochodu znalazło się dobre miejsce na postój. Nieco trudniej było z placem pod namiot. Spowodowało to nawet pewne iskrzenie między Joanną a Krzysztofem. Ostatecznie jednak znaleźli kawałek łączki, na której bez żadnych problemów rozbili swój namiot.

W czwartek od rana zwiedzamy okolice Geirangerfiorden. Osobno my z Elą, a osobno nasi współtowarzysze. Widoki są przepiękne, ale nie oddalamy się zbyt daleko, gdyż upał solidnie daje się we znaki. Turystów indywidualnych i wycieczek zorganizowanych jest tu bez liku. Dominują oczywiście Europejczycy, ale i Japończyków bez trudu można spotkać. W miejscowym punkcie informacyjnym można skorzystać z Internetu w cenie jedna korona za jedną minutę (minimum to 10 minut). Na kempingu natomiast za pięć minut pod prysznicem trzeba dać 10 koron. Wszystkie pozostałe urządzenia są gratis.

Po południu okoliczne szczyty zasnuwają się chmurami. My zaś opuszczamy Geiranger i rozpoczynamy wspinaczkę Drogą Orłów. Ta nazwa w pełni oddaje charakter tej drogi. Na wysokość 620 metrów prowadzi 11 ostrych serpentyn. Samochody poruszają się żółwim tempem, a co niektóre kobiety (Ela) niemal mdleją z przerażenia. Panorama z góry na fiord i wioskę jest wręcz bajkowa, choć nadciąga coraz więcej chmur. Przed burzą udaje nam się jednak zrobić sporo zdjęć i zjechać do przystani promowej w Eidsdal, aby za 114 NOK przeprawić się przez Norddalsfiord do Linge. Tu przeczekujemy ulewę i jedziemy kilka kilometrów dalej szukać noclegu.

Tym razem Krzysztofowi i Joannie nie poszczęściło się. Rozbili swój namiot na łączce nieopodal kempingu. Jeszcze nie zdążyli dobrze zasnąć, gdy z wielką awanturą wygonili ich stamtąd miejscowi. Prawdopodobnie byli to właściciele lub pracownicy kempingu. Jest to o tyle dziwne, że w krajach skandynawskich jest daleko posunięta tolerancja dla jednorazowych noclegów, nawet na terenach prywatnych. Oczywiście, w tym ostatnim przypadku warto uprzednio zapytać o zgodę. Moi pasażerowie tego nie uczynili, no i przeżyli niekoniecznie miłą przygodę. Nasz samochód też bacznie obserwowano, ale nikt nas nie niepokoił. Na własny użytek mam taką teorię, że w tamtych stronach Polacy musieli czymś się narazić mieszkańcom. Jest tutaj bardzo dużo plantacji z truskawkami, na których pracują nasi rodacy. Resztę można sobie dośpiewać…

W piątek od rana pada. Mimo to na okolicznych polach zbiór truskawek trwa w najlepsze. Ludzie przykryci pelerynami kucają wśród równych rzędów niczym pogięte strachy na wróble. My zaś jedziemy na słynną Drogę, lub poprawniej – Drabinę Trolli. Po drodze wyprzedzamy pokaźne stado owiec, które wcale nie kwapi się z ustąpieniem nam drogi. Deszcz przestaje padać, ale zachmurzenie nadal się utrzymuje. Siłą rzeczy więc zdjęcia jednej z największych atrakcji turystycznych Norwegii nie będą najlepsze. Mimo to tłumy turystów podążają drewnianymi schodami do punktu widokowego. Sklepy z pamiątkami oferują różne odmiany trolli, rogi reniferów, hełmy wikingów oraz najzwyklejsze czapki i koszulki. Nawet toaleta ma tu niespotykaną gdzie indziej taryfę – 10 NOK.

Zjazd z Drabiny Trolli jest o wiele łatwiejszy niż wjazd. Tym bardziej więc podziwiam rowerzystów, którzy wdrapują się na liczącą ponad 800 metrów n.p.m drogę.
Od Drogi Trolli zaczyna się właściwie nasza trasa powrotna. Jeszcze tylko godzinka w Andalsnes (nektarynki po 7 NOK za kg), tyleż samo w Dombas (olej napędowy po 10,50 za litr) i wjeżdżamy na E6. Na chwilę zatrzymujemy się w Ringebu, aby obejrzeć trzeci już stavkirke. Potem zatrzymujemy się na nocleg na postoju kilkanaście kilometrów przed Lillehammer. Ponieważ jednak tuż przy ruchliwej trasie jest duży hałas, no i niezbyt bezpiecznie, Ela znajduje miejsce kilkaset metrów dalej, bezpośrednio nad wodą. Trzeba tam tylko zjechać polną drogą, na której pełno jest kamieni i niewielkich krzaczków. Mimo to decyduję się na ten krok.

Faktycznie, miejsce do spania było idealne. Tyle tylko, że rano przypomniałem sobie, że w poprzednim miejscu zostawiłem pod samochodem buty. „W nocy padał deszcz, więc będą mokre” – pomyślałem sobie. Optymista! Kiedy Ela poszła poszukać tych butów okazało się, że na moim dawnym miejscu stoi samochód z litewską rejestracją, zaś w do niedawna moich butach chodzi jakaś Litwinka. Na widok mojej żony schowała się do auta, z którego w chwilę potem wyszedł tęgi mężczyzna. Czy w tej sytuacji był sens wszczynania jakiejś afery?

Do Lillehammer dojechałem w glanach, które przezornie pożyczyłem od starszego syna. Tu, przy Storgaten (główny deptak i centrum handlowe miasteczka) kupiłem skórzane buty za 300 NOK. Te utracone kosztowały tylko 80 zł i daleko było im do jakości tych nowych. Zawsze jakieś to pocieszenie.

Co do Lillehammer, to miejscowość ta ciągle żyje echem odbywającej się tu przed 12 laty Olimpiady. Nawet studzienki kanalizacyjne ozdobione są olimpijskim logo, nie mówiąc już o chodnikach i budynkach. Dzięki tamtym igrzyskom miasto do dziś ma zapewnioną pamięć licznych turystów. Jest też tutaj pomnik popularnej pisarki Sigrid Undset.


Po południu zajechaliśmy do Gansvika na obiad. Tym samym zatoczyliśmy pełną pętlę i w zasadzie w tym miejscu mógłbym zakończyć tę relację. Jednak gwoli kronikarskiej dokładności dodam jeszcze, że jeżeli chodzi o Norwegię, to dość gruntownie zwiedziliśmy fort w Halden.

Po nocy spędzonej w pobliżu granicy ze Szwecją udaliśmy się w kierunku Karlskrony. Gdzieś w okolicy Boras zauważyłem, że w moim samochodzie zanikły obroty silnika na biegu jałowym. Pamiętając o ubiegłorocznych problemach z tym związanych, zatrzymałem się na najbliższym parkingu, wyciągnąłem klucze i doprowadziłem auto do porządku. Do Karlskrony dotarliśmy już bez żadnych kłopotów, chociaż zaczął się nieco buntować rozrusznik.. Przy okazji zwiedziliśmy jeszcze po drodze Vaxjo, które okazało się być całkiem przyjemnym miastem. Niegdyś zawsze je omijałem, gdy tamtędy przejeżdżałem. Teraz wiem, że niesłusznie.

Podsumowanie:

Jeszcze krótka statystyka. Przejechane 2576 kilometrów. Zrobione 787 zdjęć. Dwa dni na promie, osiem w drodze. Ogólnie wycieczka udana.

Ireneusz Gębski
igebski@wp.pl

Strony: 1 2 3

12.05.2014 | admin