Polska, Słowacja, Węgry – Wypady ze Szczawnicy

Miszkolc Tapolca - Termy

Polska, Słowacja, Węgry – Wypady ze Szczawnicy

Podczas pobytu w sanatorium „Nauczyciel” w Szczawnicy miałem okazję odbyć wiele wycieczek, zarówno po malowniczych Pieninach, jak i dalej połozonych terenach, np. na Węgrzech czy Słowacji.

26.09.12. Środa
Do „Monciaka” wsiedliśmy w Gdańsku Wrzeszczu o godz. 18.30. Nasze miejsca do leżenia usytuowane były w ostatnim przedziale przed ubikacją, w dodatku na samej górze. Nic to jednak – ważne że można było swobodnie wyciągnąć nogi i poleżeć. A jazda nie była krótka – do Nowego Targu dotarliśmy bowiem dziś o 9.54, czyli po ponad piętnastu godzinach podróży.

Tuż przed dworcem zaczepił nas taksówkarz, który oferował nam podwiezienie do Szczawnicy za jedyne 25 zł od osoby (przy czterech jadących). Spławiliśmy go i przespacerowaliśmy się w okolice dworca PKS, gdzie znaleźliśmy busa, którego kierowca nie dawał co prawda biletów, ale brał tylko siedem złotych od łebka. W niespełna 50 minut dojechaliśmy do Szczawnicy. Tu jednak musieliśmy skorzystać z taksówki, gdyż w przeciwnym razie czekałaby nas mozolna wspinaczka pod górę, w dodatku z pokaźnymi bagażami. Za podwiezienie do sanatorium „Nauczyciel” zapłaciliśmy 14 zł.

W recepcji dopełniliśmy formalności meldunkowych, płacąc od razu za cały pobyt (trzy tygodnie). Wyszło dość tanio, bo tylko 745 zł za dwie osoby plus opłata uzdrowiskowa w wysokości 126 zł. Niestety, pokój jaki otrzymaliśmy (na drugim piętrze) pozostawiał wiele do życzenia: brudne zacieki i rdzawe plamy w kabinie prysznicowej, obdrapane ściany, gruba warstwa kurzu na szafie i widok na podwórko z pryzmą węgla. Widać NFZ nie przewidział dla swoich pacjentów pokoi od słonecznej strony i z balkonami…

Procedury natury medycznej zaczęliśmy od wizyty u pielęgniarki na trzecim piętrze. Po wypisaniu odpowiednich formularzy stanęliśmy w kolejce do lekarza na pierwszym piętrze. Badanie lekarskie ograniczyło się do pytania o zażywane leki i przebyte operacje. Aha, doktor Tadeusz Tajstra zapytał jeszcze, w którym miejscu najbardziej boli mnie kręgosłup. Następnie wypisał zabiegi, jakim będę poddawany w czasie kuracji. Z ich listą znowu trafiłem do pokoju pielęgniarek. Tu dowiedziałem się, że do wieczora otrzymam szczegółowy harmonogram. Tak też się stało.

Obiad (serwowany o trzynastej) składał się z zupy pomidorowej, ziemniaków, kawałka pieczeni i surówki z selera. Można było też otrzymać dokładkę zupy, więc nikt głodny nie powinien raczej być.
Po obiedzie udaliśmy się na krótki spacer po Szczawnicy. Miasto robi bardzo pozytywne wrażenie. Ceny wydają się być stosunkowo niskie, np. mały oscypek kosztuje 1,20 zł, a nieco większy 1,50. Kapcie można nabyć za 10 zł. Na picie wód leczniczych w pijalni przy pl. Dietla otrzymujemy specjalne karty (za kaucją w wysokości 10 zł). Pijemy wodę Stefan, po czym powoli ponownie wspinamy się na Połoniny 14, gdzie mieści się nasze sanatorium.
Na kolację (17.45.) zaserwowano po dwie małe parówki drobiowe, plasterek sera, odrobinę masła, herbatę i 100 gram chleba. Tu już nie zaryzykowałbym twierdzenia, że każdy się mógł najeść…

27.09.12. Czwartek
Śniadanie w „Nauczycielu” serwowane jest o ósmej. Każdy kuracjusz przypisany jest do konkretnego stolika, przy którym będzie spożywać posiłki przez cały turnus. Nam przypadł stolik numer sześć, który dzielimy z dwoma starszymi panami. W wazie czeka już zupa mleczna z ryżem, a w dzbanku wrzątek do zaparzania herbaty. Na tacce przydział składników śniadaniowych zgodny z opisem przedstawionym w jadłospisie.

O wpół do dziewiątej miałem planowaną kąpiel solankową. Niestety, na te samą godzinę rozpisano także inne osoby. Jedna z nich, przebojowa sześćdziesięciolatka, weszła przede mną, mimo iż przyszedłem pierwszy.
– Grafik się trochę zdublował. To potrwa tylko trzy dni – wyjaśniła mi pani obsługująca ten rodzaj zabiegów.

Kąpiel trwa 15 minut, więc nie czekałem długo. Wskoczyłem do wanny napełnionej wodą o temperaturze 37o C, do której pielęgniarka dosypała kilka garści soli bocheńskiej, po czym przez kwadrans moczyłem się w stygnącej z wolna wodzie. Pewnie mojemu kręgosłupowi niewiele to pomoże, ale pomoczyć się na pewno nie zaszkodzi.

Kolejny zabieg to ultraton. Tym razem zostałem przyjęty 10 minut przed wyznaczonym czasem. Pracownica posmarowała mi plecy jakąś mazią, po czym przez 5 minut masowała je przy pomocy urządzenia emitującego ultradźwięki. Na dzisiaj miałem jeszcze rozpisaną gimnastykę. Zajęcia odbywały się w grupie, a prowadziła je młoda, dobrze zbudowana i zarazem sympatyczna instruktorka. Ćwiczenia były łatwe i trwały niespełna 20 minut.

Po obiedzie zebranie informacyjne. Prowadził je dyrektor sanatorium, Henryk Tokarski. Przedstawił nam zarys regulaminu ze szczególnym uwzględnieniem zakazu palenia i apelował o umiarkowane używanie napojów rozweselających. Dowiedzieliśmy się też, że stawka żywieniowa, czyli tak zwany wsad do kotła, wynosi 11 zł dziennie oczywiście w przeliczeniu na jednego kuracjusza. Dyrektor dawał do zrozumienia, że nasze skromne opłaty i dofinansowanie z NFZ nie jest wystarczające dla funkcjonowania sanatorium z lepszym standardem.

Po południu odbyliśmy krótki spacer do Pijalni Wód Mineralnych z przewodnikiem. Andrzej Dziedzina Wiwer bardzo ciekawie opowiadał o historii i zabytkach Szczawnicy. Z uzdrowiskiem jest on związany zawodowo od trzydziestu lat, więc jego wiedza jest ogromna, zresztą nie tylko na temat Szczawnicy. Pasjonują go bowiem zarówno góry, jak i gwara pienińska, w której pisze także wiersze. Pokazywał nam między innymi gruszę wierzbo listną, czerwone owoce na starym cisie, dawny dom Sławy Przybylskiej, odbudowany Dworzec Gościnny, w którym przed pożarem występowała m,in. Helena Modrzejewska oraz widoczny ze Szczawnicy fragment Trzech Koron.

28.09.12. Piątek
Dzisiejsze zabiegi zostały wzbogacone o masaż pleców. Nie powiem, że mam jakieś zastrzeżenia do masażysty. Wprost przeciwnie, uważam, że przykładał się solidnie do swojej pracy. W skrytości ducha liczyłem jednak na to, iż trafię w ręce masażystki…

Po zabiegach spacer na Bereśnik. Do samego szczytu jednak nie docieramy. Dochodzimy wszakże na tyle wysoko, żeby sponad szczytów Pienin dostrzec zarysy Tatr. Pogoda jest wyśmienita. W nocy padał co prawda deszcz – bardzo potrzebny zresztą, gdyż w wyniku suszy Grajcarek praktycznie można przejść w niektórych miejscach suchą stopą – ale od rana pięknie świeci słońce.

Po obiedzie przedstawiciele firmy Ecovital zapraszają nas na warsztaty kulinarne. Od razu domyślam się, że pod tym pojęciem kryje się prezentacja garnków i patelni. Nie daję się skusić darmowymi gadżetami typu okulary słoneczne. Wolę aktywnie spędzić popołudnie. Schodzę do centrum Szczawnicy i wypożyczam rower przy stacji kolejki na Palenicę. Za godzinę użytkowania jednośladu płaci się tutaj 4 zł. W innej wypożyczalni, obok pijalni wód, cena taka obowiązuje tylko za pierwszą godzinę, a za kolejne 3 zł, ale akurat dzisiaj wszystkie rowery były już wypożyczone.

Przejeżdżam kładką na lewy brzeg Grajcarka i jadę wzdłuż jego brzegu porządnie wykonaną ścieżką rowerową. Po przejechaniu nieco ponad kilometra docieram do ujścia Grajcarka do Dunajca. Tutaj skręcam w lewo i obok przystani Szczawnica, gdzie kończą się spływy tratwami, jadę czerwonym szlakiem w kierunku Słowacji.

Za postojem dorożek, już po słowackiej stronie, ścieżka rowerowa zmienia się w żwirowo-piaszczystą dróżkę. Jedzie się jednak nią bardzo wygodnie. Na całej trasie do Czerwonego Klasztoru, który jest celem mojej wycieczki, praktycznie jest płasko, poza jednym większym podjazdem, który jest zresztą łatwy do pokonania dla każdego jako tako przygotowanego rowerzysty. Ścieżka przez cały czas biegnie wzdłuż Dunajca. Po drodze spotykam mnóstwo tratw płynących z przeciwka. Jesienny krajobraz Pienin jest wspaniały. Chwilami nie wiem czy jechać i pożerać wzrokiem różnobarwne, cudowne widoki, czy zatrzymywać się i pstrykać fotki. Ze ścieżki doskonale widać Sokolicę i Trzy Korony, nie licząc mniej znanych szczytów.

Strony: 1 2 3 4 5 6

3.01.2013 | admin