Polska, Słowacja, Węgry – Wypady ze Szczawnicy

Miszkolc Tapolca - Termy

Do Czerwonego Klasztoru docieram ostatecznie po ponad godzinie jazdy. Nie zwiedzam tutejszego muzeum. Sam budynek dawnego klasztoru nie sprawia na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. O wiele bardziej pasjonują mnie widoki z kładki nad Dunajcem, która łączy Czerwony Klasztor ze Sromowcami Niżnymi po polskiej stronie.
Droga powrotna zajmuje mi już tylko 40 minut, mimo iż po drodze mijam wiele grup turystów, którzy idą często całą szerokości niezbyt szerokiej ścieżki. Z prawej strony jest ona osłonięta stromymi zboczami gór, ale z lewej jest tylko Dunajec, nad którym nie ma żadnych barierek.


29.09.12. Sobota
Z zajęć obowiązkowych dzisiaj tylko kąpiel solankowa i gimnastyka – ta ostatnia na tarasie czwartego piętra sanatorium. Pogoda była wyśmienita, więc i widoki zapierały dech w piersiach. Zaraz po gimnastyce odbyliśmy spacer wzdłuż doliny nad Grajcarkiem, aż do Dunajca. Trwał on na tyle długo, że ledwo zdążyliśmy na obiad.

Po obiedzie pojechaliśmy na wycieczkę do rezerwatu Biała Woda. Śladami byłych mieszkańców tej nieistniejącej już wioski oprowadzał nas, wspomniany już wcześniej, przewodnik Andrzej Dziedzina Wiwer. Tym razem dzielił się z nami nie tylko wiedzą etnograficzną i historyczną, ale także tą z zakresu biologii i geologii. Pokazał nam też swego rodzaju ciekawostkę regionalną, czyli dom należący do znanego skrzypka. Pewnie każdy o nim słyszał – nazywa się Nigel Kennedy. W Muzycznej Owczarni w Jaworkach często zresztą koncertuje.

W sąsiedniej Szlachtowej zwiedziliśmy kościół, który dawniej należał do mieszkających tu greko-katolików. Obecnie jest to świątynia rzymsko-katolicka, a jej proboszcz, Józef Włodarczyk, słynie – według naszego przewodnika – z dużej zapobiegliwości i gospodarności. Mówiąc potocznie – jest to człowiek do tańca i do różańca. Podobno kiedyś podczas mszy nie wygłosił kazania, gdyż – jak powiedział – poprzedniego dnia miał w Tarnowie spotkanie byłych seminarzystów. „Głowa trochę boli, więc mógłbym wam głupstw naopowiadać” – tłumaczył parafianom powody niedyspozycji. Myślę, że górale zrozumieli to bez trudu.

Wieczorem odbyło się ognisko. Przed budynkiem sanatorium, wokół betonowego kręgu, zebrało się kilkadziesiąt osób. Po zjedzeniu tradycyjnych kiełbasek, pieczonych nad ogniem i zapiciu ich stosownymi napojami, wysłuchaliśmy „koncertu” miejscowego grajka. Sympatyczny staruszek zagrał na akordeonie wiązankę popularnych piosenek biesiadnych. O ile samo granie jakoś mu wychodziło, o tyle zupełnie niepotrzebnie bawił się w wokalistę. Jego głos nie był już niestety, pierwszej ani drugiej świeżości. Mimo to podobała mi się atmosfera ogniska. Od wczesnej młodości mam sentyment do takich imprez. Nie wykluczam, że pozytywny wpływ na mój dobry nastrój miała stara dobra szkocka whisky, wypita oczywiście w ramach rozgrzewki. Z biegiem czasu atmosfera stawała się coraz bardziej swobodna, czego przykładem były niektóre dowcipy.

Oto jeden z nich, w wykonaniu naszego akordeonisty.
– Jakiego koloru jest macica? – zapytał.
– Nie wiem – odpowiedział któryś z obecnych.
– Bardzo przepraszam – powiedział grajek – ale to wie każdy ch.., a pan nie wie?

30.09.12. Niedziela
Na śniadanie zeszliśmy dziś nieco wcześniej, gdyż czekał nas całodzienny wyjazd na Słowację i na Węgry. Dlatego też zafasowaliśmy zamiast obiadu i kolacji suchy prowiant. Z naszego sanatorium na tę wycieczkę jechało tylko sześć osób, jednak przed Pienińskim Centrum Turystyki, gdzie czekał autokar, zebrała się całkiem pokaźna grupa.

Rano było pochmurno i mgliście, więc nie mogliśmy zobaczyć wielu mijanych po drodze szczytów gór. Ich wierzchołki szczelnie pokrywała bowiem gęsta pierzyna chmur. Kiedy jednak dojechaliśmy do Koszyc aura była już diametralnie inna. Tutaj było ciepło i słonecznie. Na zwiedzanie miasta mieliśmy zaledwie półtorej godziny. W tak krótkim czasie niewiele można zobaczyć. Ograniczyliśmy się więc do spaceru po głównym deptaku, przy którym znajduje się między innymi teatr, kilka fontann, kolumna morowa, mnóstwo cukierni i katedra św. Elżbiety. Do wnętrza tej ostatniej weszliśmy na kilka minut, ale z powodu remontu mogliśmy obejrzeć tylko główną nawę.


Pilotka zachwalała nam tutejsze cukiernie, twierdząc, iż jest w nich tanio i niezwykle smacznie. Weszliśmy więc do jednej z nich, a konkretnie do Aidy. Zamówiliśmy po kawałku tortu wiśniowego, a żona dodatkowo wzięła lody owocowe. Faktycznie, ceny nie były wysokie, gdyż za tort płaciliśmy 0,80 euro, a za lody tylko 0,40. Co do smaku, to tort rzeczywiście był dobry, natomiast lody, wg mojej żony, są znacznie lepsze w Szczawnicy.

Około drugiej po południu byliśmy już w Miszkolcu. Zatrzymaliśmy się przy Auchan. Skorzystaliśmy zatem z okazji, aby nabyć nieco węgierskiej specjalności, czyli tokaja. Na półkach stoi mnóstwo odmian tego wina. Rozpiętość cen też jest znaczna. Laikowi trudno zdecydować się na konkretny zakup, ale ostatecznie bierzemy na chybił trafił Szamorodni za 1079 forintów, Hars Feledes za 449 i Furmint za 599.

Przed piętnastą docieramy do dzielnicy Miszkolca o nazwie Tapolca, która jest głównym celem naszej podróży na Węgry. Znajdują się tutaj baseny termalne, które przyciągają mnóstwo osób z wielu krajów. Sam widziałem tu dzisiaj wielu Rosjan i Japończyków, o Polakach i Węgrach nie wspominając. Biuro turystyczne trochę na nas zaoszczędziło, gdyż zakupiło nam bilety last minut, które są ważne tylko 3 godziny i kosztują 1550 forintów. Tymczasem za 2350 forintów można wygrzewać się w ciepłych wodach nawet przez cały dzień.

Kąpielisko termalne w jaskini i naturalne bicze wodne to atrakcje rzadko spotykane gdzie indziej. Warto więc było spędzić kilka godzin w autokarze, żeby móc tutaj zrelaksować się. Do Szczawnicy wróciliśmy kwadrans po dwudziestej drugiej. Drogę do sanatorium oświetlał nam księżyc w pełni.

01.10.12. Poniedziałek
W życiu kuracjusza nie ma czasu na nudę. Ciągle coś się dzieje i nie mówię tu wyłącznie o zabiegach leczniczych, bo te kończą się zwykle na długo przed obiadem. Potem przeciętny kuracjusz z sanatorium „Nauczyciel” wybiera się na spacer do Pijalni Wód Mineralnych, a stąd – zależnie od preferencji – udaje się do centrum Szczawnicy, wędruje po górskich ścieżkach albo siedzi przy kawie lub innym napoju w którejś z licznych kafejek. Ja osobiście wybieram się jeszcze w pewne miejsce po zapas jabłek, które codziennie obficie spadają z kilku jabłoni. A szkoda byłoby przecież, gdyby zgniły…

Po obiedzie mieliśmy zamiar jechać na wycieczkę do Wąwozu Szopczańskiego. Z powodu małej liczby chętnych została ona jednak odwołana. Skorzystaliśmy zatem z zaproszenia firmy Biomed-Centrum do udziału w spotkaniu pod hasłem „Jak leczyć się skutecznie, by wygrać z bólem i chorobą, bez skutków ubocznych”. Z zaproszenia wynikało, że dowiemy się o „gwarantowanych metodach leczenia: schorzeń reumatycznych, stanów zapalnych, zwyrodnienia kręgosłupa, nadciśnienia, migrenowych bólów głowy, owrzodzenia podudzi, alergii i chorób skórnych”. Dodatkowo firma gwarantowała dla trzech pierwszych par małżeńskich komplet pościeli, dla kolejnych zaś termometry elektroniczne. Pozostali uczestnicy mieli otrzymać po paczce kawy lub torby ekologiczne.

W praktyce prezentacja dotyczyła działania polaryzatora biostymulacyjnego BIOV2. Jego działanie jest oparte na emitowaniu spolaryzowanego światła. Osobiście poddałem się jego działaniu, chcąc sprawdzić czy złagodzi ból w moim naderwanym przyczepie ścięgna. Mimo trzymania urządzenia przy łokciu przez ok. 10 minut nie zauważyłem żadnej poprawy. Prowadzący spotkanie zasugerował mi, że pozytywny skutek może być odczuwalny dopiero po serii naświetleń. Poza tym radził usztywnić rękę. Nie był tez zachwycony faktem, iż robiłem zdjęcia. „Będę na Facebooku czy w TVN 24? – dopytywał. Cena polaryzatora na spotkaniu wynosiła 2300 zł. Na stronie firmy kosztuje on 3940 zł. Wydaje się więc, że oferta jest atrakcyjna. Sęk w tym, że nie jestem przekonany co do rewelacyjnych ponoć właściwości fototerapii. Kto chce, niech kupuje…

Chętnych do wyciągania pieniędzy od kuracjuszy jest znacznie więcej. Niemal codziennie w korytarzu przed drzwiami stołówki rozkłada się jakaś handlarka ze stosem marnie wyglądających ciuchów. Swoje usługi poleca też masażystka, ale potentatem jest tu Pienińskie Centrum Turystyki, które na każdy dzień proponuje jakąś wycieczkę.

Obiektywnie muszę jednak przyznać, że dyrekcja sanatorium wpuszcza na jego teren nie tylko handlarzy. Zaprasza bowiem także, co jest godne pochwały, ciekawych ludzi. Takim człowiekiem jest niewątpliwie Andrzej Dziedzina-Wiwer, z którym mieliśmy okazje spotkać się po raz trzeci. Tym razem opowiadał nam nie tylko o ulubionych Pieninach, ale też zaprezentował elementy stroju góralskiego oraz próbki swojej bogatej twórczości poetyckiej. Prawie trzygodzinne spotkanie upłynęło bardzo szybko i nie sądzę, aby kogoś znudziły interesujące opowieści pana Andrzeja. Widać, że jest to człowiek z pasją, który nie liczy czasu i nie patrzy na to, ile zarobi.

Na koniec dowcip z repertuaru naszego gościa. Góral postanowił zafundować swojej żonie jakiś prezent z okazji 25 rocznicy ślubu. Pojechali więc na Krupówki do Zakopanego. Żona stanęła przed jedną z wystaw i za nic w świecie nie chciała iść dalej.
– Hanuś, na coś się tak zapatrzyła? – pyta góral.
– A bo wiesz, ja bym chciała, żebyś kupił mi te majtki – pokazała na wąskie figi.
– Ale przecież ty masz dupę jak kombajn!
Hania strzeliła focha, jak mówią ceprzy, po czym małżeństwo wróciło do domu. Jednak wieczorem góralowi zebrało się na amory. Wtedy Hania go zastopowała: – Dla takiej jednej marnej słomki nie będę uruchamiać całego kombajnu.

02.10.12. Wtorek
Pogoda troszkę się zepsuła, więc przed obiadem poszliśmy tylko do pijalni wód oraz na godzinny spacer na drugą stronę Grajcarka. Z perspektywy Zawodzia po raz pierwszy oglądaliśmy panoramę Szczawnicy, w tym widoczną pod lasem brzydką bryłę naszego sanatorium „Nauczyciel”.

Tym razem na poobiednie spotkanie namawiał nas przedstawiciel firmy Schumann Brand. Nie mieliśmy jednak ochoty siedzieć w świetlicy i podziwiać marketingowych chwytów sprzedawcy stalowych garnków. Wybraliśmy wycieczkę. Byłby to zapewne dobry wybór, gdybyśmy zorganizowali ją sobie na własną rękę. My jednak wykupiliśmy ją we wspominanym już Pienińskim Centrum Turystyki. Może jednak po kolei…

Zapłaciliśmy po 14 zł od osoby. Przed biurem PCT zebrało się nas około sześćdziesięciu osób. Przewodniczka Barbara Szela (ta sama, która była z nami w Miszkolcu) zaprowadziła nas do stacji kolejki linowej (ok. 300 metrów), po czym poleciła nam zakupić bilety. Za wjazd na Palenicę bilet normalny kosztuje 9 zł, jednak w przypadku grupy cena spada do 7 zł. Po wjechaniu na górę, na przełęczy między Palenicą a Szafranówką, przewodniczka pokazała nam majaczące w chmurach czubki Trzech Koron oraz nieco lepiej widoczną Sokolicę. Wskazała też palcem Krościenko i panoramę Szczawnicy.

Znacznie więcej czasu zajęło jej namawianie nas do pozowania fotografowi, który nam towarzyszył od początku (na wycieczce do Białej Wody też był, ale p. Andrzejowi Dziedzinie – Wiwrowi nawet do głowy nie przyszło, żeby reklamować jego usługi). Tymczasem pani Szela robiła to non stop. Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko obecności fotografa na wycieczce. Jednak namolne, wręcz natrętne przypominanie o ustawianiu się do zdjęcia, nie jest dobrą wizytówką dla przewodnika, który chce uchodzić za profesjonalistę. Przez liczne niby sesje straciliśmy sporo czasu, a przecież nie za to płaciliśmy.

Strony: 1 2 3 4 5 6

3.01.2013 | admin