Polska, Słowacja, Węgry – Wypady ze Szczawnicy

Miszkolc Tapolca - Termy

Idąc szlakiem z widokiem na Bystrzyk doszliśmy do Leśnicy. Nie zwiedzaliśmy jednak tej wsi, tylko jej skrajem przeszliśmy w kierunku Dunajca. Zanim tam jednak doszliśmy, zatrzymaliśmy się na godzinny postój w Pienińskiej Chacie. Niektórzy z nas zrobili zakupy w tutejszym sklepie (piwo Kozel 0,75 euro, Golden Slivka 6,30 euro). Zaskoczył mnie nieco sposób pakowania butelek przez ekspedientkę – po prostu zawijała je w gazetę. A propos niecodziennych widoków na Słowacji, to nieco wcześniej widziałem furmankę z gnojem, której nie ciągnął koń, lecz… samochód osobowy.

Z Pienińskiej Chaty udaliśmy się spacerkiem w kierunku przystani flisackiej w Szczawnicy. Stąd do biura PCT (ok. 2 km) miał nas zawieźć autokar. Nie bardzo nas to zachwycało, gdyż spod siedziby PCT do naszego sanatorium jest jeszcze kawał drogi. W ogóle zastanawiam się, za co właściwie płaciliśmy po te 14 zł. Zakładając, że było nas 60, to zebrało się 840 zł. Nie sądzę, żeby przewodniczka otrzymała za 4 godziny pracy więcej niż 200 zł. Tak czy owak, nasza grupa (z sanatorium „Nauczyciel”) w składzie piętnastu osób złożyła się po 2 złote i wynajęła bus, który podwiózł nas pod same drzwi.

03.10.12. Środa
Rozpoczyna się drugi tydzień naszego pobytu w sanatorium. Wiemy już doskonale, jak poruszać się po Szczawnicy, bez kłopotu trafiamy do właściwych gabinetów zabiegowych, a nawet potrafimy załatwiać sobie zmianę niektórych zabiegów na te bardziej nam pasujące. Widzimy też, że powszechne opinie o tym, że większość kuracjuszy stara się poddawać zabiegom o typowo rozrywkowym charakterze, są zgodne z prawdą. W „Nauczycielu” nie ma co prawda baru ani wieczorków tanecznych, ale w sąsiednich sanatoriach, tudzież lokalach gastronomicznych, owszem, są. Czasami tylko, tak jak dziś w „Malinowej”, imprezy bywają odwoływane.

Po obiedzie pojechaliśmy na wycieczkę do Czorsztyna. Tym razem naszym przewodnikiem był wielokrotnie już przeze mnie wspominany, zawsze w dobrym kontekście, Andrzej Dziedzina-Wiwer. Stanowi on doskonały przykład tego, jak powinien zachowywać się rasowy przewodnik. Wracam tu do wczorajszej historii z fotografem. Otóż pan Paweł Zachwieja towarzyszył nam również dzisiaj, ale tym razem sam musiał dbać o swoje interesy. Pan Andrzej ani razu nie wspomniał o jego obecności. Za to każdą minutę poświęcał na przybliżenie nam historycznych, geograficznych i etnograficznych aspektów zwiedzanego obiektu, w tym wypadku pozostałości zamku czorsztyńskiego.

Tu ciekawostka: na jednej z tablic dokumentujących historię zamku znajduje się wiersz naszego cicerone pt. „Na Ciorstynie” (w gwarze pienińskiej). Pana Andrzej przeczytał nam go zresztą osobiście. Może ktoś zapyta, dlaczego tak wychwalam tego przewodnika? Ano dlatego, że lubię ludzi, którzy podchodzą do swojej pracy z pasją, a nie traktują jej jak zło konieczne.

Po zwiedzeniu ruin (nieco zrekonstruowanych) zamku w Czorsztynie pojechaliśmy do Krościenka. Tutaj, w pawilonie Pienińskiego Parku Narodowego, obejrzeliśmy wystawę przyrodniczą. Nie powinienem właściwie dodawać, że poszczególne eksponaty w przystępny, a zarazem fachowy sposób dokładnie przybliżał nam pan Andrzej.

Po kolacji zostaliśmy zaproszeni na pokaz firmy Medical-Partner. Chodziło o prezentację kolejnego „cudownego” urządzenia – waham się, czy użyć określenia – prozdrowotnego, czyli Vioforu. Jednakże kuracjusze chyba poczuli już przesyt kolejnymi pokazami, gdyż na świetlicy zebrało się tylko siedem osób. W tej sytuacji prezenter odwołał prezentację, twierdząc, że firma zwraca mu pieniądze za wynajem sali tylko wówczas, gdy obecnych jest przynajmniej dziesięć osób. Mimo to wręczył nam obiecane upominki, czyli torebki z drobinkami bursztynu na nalewkę oraz bransoletki z hematytu (dla małżeństw).
W holu przed stołówką tym razem oferowano łańcuszki, wisiorki, bransoletki i tym podobne drobiazgi. Specjalnego zainteresowania kuracjuszy nie zauważyłem. Moja żona chciała co prawda kupić zegarek, ale okazało się, że jest zepsuty, a i innego egzemplarza nie było…

04.10.12. Czwartek
Kontrolne badanie lekarskie Gabinet zastępcy dyrektora do spraw lecznictwa. Sympatyczny staruszek (wspomniany już Tadeusz Tajstra) pyta: „Co słychać?” Odpowiadam więc standardowo i równie zdawkowo: „W porządku”, na co lekarz, wyraźnie zadowolony, oznajmia:
– To dobrze, że w porządku. Ma pan trochę więcej zabiegów niż wynosi minimum, ale nie będziemy nic ujmować, bo kto daje i odbiera… – …ten się w piekle poniewiera – kończę popularne powiedzonko. Lekarz podpisuje się na mojej karcie informacyjnej i na tym badanie się kończy. Obowiązek spełniony…

Co innego gimnastyka. Tutaj prowadząca zajęcia pani Ania nie markuje pracy. Pokazuje poszczególne ćwiczenia i sama je sumiennie wykonuje wraz z kuracjuszami. Nie zapomina przy tym o miłym uśmiechu.

Nadal utrzymuje się ładna pogoda, a okoliczne góry i lasy nabierają uroku w promieniach jesiennego słońca. Dzisiaj mieliśmy okazję podziwiać między innymi słynny wąwóz Homole.

Wycieczka do Jaworek na których terenie znajduje się ta największa przyrodnicza atrakcja Pienin, zgromadziła tylu uczestników, że nie wystarczył autokar do ich zabrania. Dodatkowo pojechał więc jeszcze bus. W związku z tym była też druga przewodniczka, notabene bardzo sympatyczna. Niestety, nie znam jej nazwiska, gdyż jechałem w autokarze z panią Szelą, która jak zawsze robiła reklamę sąsiadującemu z PCT zakładowi fotograficznemu, reprezentowanemu przez jego właściciela, o którym już pisałem bodajże wczoraj.

Na terenie rezerwatu Kanion, którego częścią są Homole, przyłączyliśmy się z żoną do grupy, którą prowadziła ta druga przewodniczka. Dla orientacji: młoda, urocza brunetka, ale mężatka…
Dnem wąwozu, którego długość wynosi zaledwie 800 metrów, szliśmy blisko godzinę, co pewien czas zatrzymując się, aby wysłuchać ciekawostek opowiadanych przez przewodniczkę, a przede wszystkim – żeby uwiecznić strome ściany wąwozu, skaliste dno potoku Kamionka, czy też płaskie skały zwane Kamiennymi Księgami. Te ostatnie znajdują się już poza samym wąwozem, na Dubantowskiej Polanie, na którą z dna jaru prowadzi dość strome i śliskie podejście.

Kolejną godzinę spędziliśmy na Bukowinkach. Znajduje się tutaj szałas (w rzeczywistości lokal gastronomiczny) o tej samej nazwie oraz bacówka. W tym pierwszym za piwo Lech czy Żubr trzeba zapłacić 6,50 zł, a w tej drugiej można za darmo napić się… żętycy. Nie sprawdzałem, ale żona twierdzi, że jest bardzo smaczna. O tym, że zastaliśmy tam kierdel owiec nie warto wspominać, bo na tym terenie jest to powszechne zjawisko.
Z Bukowinek można zjechać do Jaworek kolejką linową. Część uczestników naszej wycieczki zdecydowała się na taką opcję, jednak zdecydowana większość, w tym my, wybrała piesze zejście po stoku. Przy okazji po raz kolejny zobaczyliśmy, tym razem z góry, dom należący do Nigela Kennedy’ego.

05.10.12. Piątek
W jednej z pierwszych notatek o sanatorium „Nauczyciel” wyraziłem obawę, że niektórymi posiłkami nie można się najeść. Myliłem się jednak. Jak się bowiem później okazało, bez problemu można otrzymać nie tylko dolewkę zupy, ale także dowolną ilość chleba. Poza tym posiłki są urozmaicone i smaczne. Wobec tego tylko wyjątkowy maruda może narzekać na wyżywienie.

W sanatorium funkcjonuje biblioteka z dość pokaźnym księgozbiorem. Nie ma tu co prawda nowości wydawniczych, ale przecież pozycje wydane np. przed dziesięcioma laty, często nadal są na topie. Książka to nie gazeta i nie dezaktualizuje się z dnia na dzień. Właśnie wypożyczyłem kilka tomów prozy Janusza Głowackiego, w tym zbiór opowiadań „Tego się nie tańczy”, który teraz czytam.

Kolejny raz wybrałem się na rowerową przejażdżkę do Słowacji. Tym razem pojechałem w kierunku Wielkiego Lipnika. Droga do Leśnicy, którą parę dni temu pokonywałem pieszo, była płaska jak stół, no może z wyjątkiem łagodnego podjazdu tuż pod samą wsią. Prawdziwie stromy podjazd zaczął się zaraz po minięciu wschodnich opłotków Lesnicy. Stosowny znak informował, że czeka mnie trasa o nachyleniu 12%. Jednakże odcinek, który obejmowałem wzrokiem, wydawał mi się być krótki. Nie wiedziałem tylko, że za zakrętem czekają mnie jeszcze kolejne dwa strome podjazdy. W pewnym momencie poczułem, że nie dam rady jechać dalej bez wyregulowania oddechu. Zatrzymałem się więc na kilka minut, wykorzystując ten czas na zrobienie kilku fotek. Krajobraz, który rozciągał się przede mną był naprawdę godny uwagi: w dole zabudowania Leśnicy, dalej Bystrzyk, a jeszcze dalej Trzy Korony, a od północy Wysoki Wierch.

Wreszcie dotarłem na Przełęcz pod Tokornią (Lesnicke Sedlo), czyli 720 metrów nad poziom morza. Dla orientacji: Szczawnica jest usytuowana na wysokości 431 metrów n.p.m. Przewyższenie wynosi zatem prawie 290 metrów. Z przełęczy rozciąga się widok na Wielki Lipnik i okoliczne szczyty. Uwagę zwraca duża ilość paneli do wytwarzania energii ze słońca na jednym zboczu, a kierdel owiec na drugim. Nowoczesność i tradycja w symbiozie.

Droga powrotna to nieustanny zjazd z ostrymi zakrętami, na których trzeba było używać hamulców. W Leśnicy zatrzymałem się przed miejscowym sklepem sieci Coop Jednota. Tutaj piwo jest znacznie tańsze niż w pobliskiej Chacie Pienińskiej, do której zaprowadziła nas trzy dni temu przewodniczka. Przykładowo Zlaty Bażant kosztuje – 0,60 Smadny Mnich – 0,42, a Kelt tylko 0,39 euro. Takiej okazji nie mogłem oczywiście przegapić…

Strony: 1 2 3 4 5 6

3.01.2013 | admin