Polska, Słowacja, Węgry – Wypady ze Szczawnicy

Miszkolc Tapolca - Termy

Spodobał mi się cmentarz na Pęksowym Brzysku. Nie tylko dlatego, że spoczywają tu ludzie o znanych nazwiskach, jak: Kornel Makuszyński, Władysław Orkan, Tytus Chałubiński, Stanisław Marusarz czy Witkiewiczowie. Urok tego miejsca wiecznego spoczynku to skromne a zarazem oryginalne nagrobki. Nie ma tu sztampowych granitowych czy marmurowych tablic. Można za to spotkać różnorodne rzeźby z drewna i kamienia. Wyczuwa się tu swoisty klimat, powiedziałbym wręcz – artystyczny.

Zaraz za murem cmentarnym, po drodze do dolnej stacji kolejki na Gubałówkę, rozciąga się teren targowiska. Spotkać można tu praktycznie wszystkie artykuły, jakimi zwykle handluje się w tego typu miejscach. Najwięcej jest oczywiście tych kojarzących się z górami. Jeśli chodzi o tradycyjne sery góralskie, to są nieco tańsze niż w Szczawnicy.

Na chwilę zachodzimy też do Koliby, willi z 1892 roku, która uznawana jest za pierwszą wybudowaną w stylu zakopiańskim, wg projektu Witkiewicza.

Ukoronowaniem zwiedzania Zakopanego były oczywiście Krupówki. Cóż by tu powiedzieć o tym deptaku? Chyba tylko to, że jest to przerost formy nad treścią (nie pamiętam, czyje to słowa, ale zgadzam się z autorem). Krótko mówiąc: tłumy turystów, liczni przebierańcy, hałas, knajpa przy knajpie, no i dorożkarze. Co do knajp, to byłem tylko w jednej: „Zbójeckie jadło”. Piłem grzane wino po 2,80 zł za 100 ml. Owszem, dobrze rozgrzewało…

Z Zakopanego wracaliśmy „zakopianką” przez Poronin i Nowy Targ. Jak na złość, właśnie wtedy zaczęło się przejaśniać…

14.10.12. Niedziela
Poranne spalanie zbędnych kalorii rozpoczynam od wejścia na Bereśnik. Ze szczytu nie kieruję się jednak, jak poprzednio, ku schronisku, lecz w przeciwną stronę – do Sewerynówki. Schodzę czerwonym szlakiem, prowadzącym leśnym odcinkiem błotnistej, pełnej kolein drogi. Dochodzę do ujęcia wody, po czym asfaltową drogą zmierzam do popularnego w Szczawnicy zajazdu „Czarda”. Stąd ulicami Kunią i Sopotnicką kieruję się do centrum. Po dwóch godzinach przyjemnego spaceru w ciepłych promieniach słońca docieram do sanatorium „Nauczyciel”.

Po obiedzie wyruszam na Jarmutę (794 m n.p.m.). Nie prowadzą tu szlaki turystyczne, więc idę na wyczucie. Z ulicy Szlachtowskiej wchodzę na stromo pnącą się kamienistą dróżkę. Miejscami płynie nią woda, ale da się przejść. Mniej więcej w połowie drogi wychodzę na sporą polanę. Rośnie tu sporo tarniny. Pożywiam się więc jej kwaskowatymi owocami i wspinam się dalej wąską ścieżką. Po godzinie jestem już na szczycie. Nade mną tylko wieża przekaźnika telewizyjnego i błękitne niebo.

Podziwiam panoramę Szczawnicy i Pasma Radziejowej, po czym schodzę kilkadziesiąt metrów w dół.Stoi tutaj biała figurka Matki Boskiej, którą ufundowali mieszkańcy Szczawnicy. Schodząc w kierunku północno-wschodnim leśną, mocno błotnistą drogą, wychodzę na trakt główny nieopodal stadionu Jarmuta, na pograniczu Szlachtowej i Szczawnicy. Jeszcze tylko krótki spacerek pod górę i już jestem w sanatorium. Łącznie wędrowałem dzisiaj przez cztery godziny, ale nie czuję zmęczenia. A tak na marginesie, to motywuje mnie sąsiad od stolika w jadalni (rocznik 1933), który codziennie bierze kijki i wybiera się na długie przechadzki. Pozdrawiam, panie Karolu!

15.10.12. Poniedziałek
Milcząca zazwyczaj pokojowa dzisiaj raptem ożywiła się.
– Kiedy państwo wyjeżdżacie? – zapytała, stając w drzwiach naszego sanatoryjnego pokoju.
– W środę rano – odpowiedzieliśmy.
– Hm, będzie mało czasu na sprzątanie, bo o dwunastej przyjadą nowi kuracjusze – zmartwiła się, po czym pouczyła nas: – Niech państwo przed wyjazdem zdejmą powłoczki z kołder i poduszek. Wszyscy goście tak robią!
– Nie ma problemu – zgodziliśmy się.
Pokojowa rozejrzała się po pokoju i zadała pytanie sugerujące odpowiedź:
– To co? Dzisiaj nie warto odkurzać?

Jakoś nie mieliśmy sumienia sugerować jej, że jednak byłoby warto. Poprosiliśmy tylko o papier toaletowy, bo ostatnim razem „zapomniała” go uzupełnić. Przyniosła dwie rolki i tyle ją widzieliśmy. Zwolnienie z obowiązku odkurzania rozszerzyła także na łazienkę, w której nie starła nawet podłogi…

Końcowe „badanie” lekarskie.
– Jak się pan miewa, panie Irku, dobrze?
Potwierdziłem, bo cóż innego mogłem odpowiedzieć. Pomny wcześniejszych doświadczeń, wiedziałem przecież doskonale, że to tylko formalność.
– To świetnie – ucieszył się lekarz. – Życzę przyjemnej podróży nad morze.

Po zaliczeniu Jarmuty, Bereśnika i Bryjarki przyszedł czas na czwartą górę otaczającą Szczawnicę – Palenicę (722 m n.p.m.). Byłem już co prawda na jej szczycie, ale wtedy wjeżdżałem kolejką krzesełkową, więc to się nie liczy. Z doliny Grajcarka udałem się na stok narciarski, którym powoli posuwałem się do góry. Nartostrada jest dość stroma i potwornie zryta przez dziki. Praktycznie szedłem więc nie po trawie, ale po błotnistej darni. Ostatni odcinek, od skrzyżowania z trasą kolejki, wiedzie na szczyt kamienistą dróżką. Jest równie stromy co poprzedni, ale przynajmniej nie jest ślisko.

Po przejściu obok górnej stacji kolejki linowej idę w dół do Siodła Szafranówki. Tutaj szlak się rozdziela: w lewo do słowackiej Leśnicy i w prawo w kierunku Krościenka. Wybieram drugą opcję, choć w tym momencie jeszcze nie wiem dokładnie, gdzie wyjdę. Schodzenie idzie mi dość szybko. Po niespełna półgodzinie jestem już na dole. Okazało się, że wyszedłem niedaleko przystani flisackiej na Dunajcu. Stąd już tylko łatwy spacer ulicą Główną, lekko pod górę Zdrojową, po czym w górę schodami do „Hutnika”, „Dzwonkówki”, no i ostatniego z tej strony miasta sanatorium, czyli „Nauczyciela”.

16.10.12. Wtorek
Ostatnie zabiegi. Trzy tygodnie przeleciało z szybkością błyskawicy. Mój pierwszy pobyt w sanatorium uważam za w pełni udany i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś trafię w podobne miejsce. Teraz już, niestety, trzeba się pakować i szykować do wyjazdu.

Kilka ciepłych słów należy się obsłudze sanatorium „Nauczyciel”. Praktycznie rzecz biorąc, wszyscy rehabilitanci byli mili i profesjonalni. Szczególnie wdzięczny jednak jestem paniom od ultradźwięków oraz od okładów borowinowych. Im właśnie podarowałem egzemplarze mojej mini powieści „W cieniu Sheratona”. Żałowałem, że nie wziąłem ze sobą więcej książek, bo przecież uprzejme i uczynne były zarówno recepcjonistki, jak i kelnerki, a także pozostały personel.
Dzisiaj już nie chodziłem na dłuższe spacery (nie licząc wyjścia do pijalni wód). Nie sprzyjała temu pogoda, a poza tym zabrałem się za selekcję zdjęć.

Ireneusz Gębski

Strony: 1 2 3 4 5 6

3.01.2013 | admin