Uzbekistan – Jak szybko zostać milionerem

Uzbekistan - Chiwa - Bazar przy starym mieście

Uzbekistan – Jak szybko zostać milionerem

Czego można spodziewać się po postradzieckim państwie gdzieś w środku Azji, i w środku pustyni. Nas ten kraj zaskoczył bardzo pozytywnie. Uzbekistan leży na dawnym „jedwabnym szlaku”. Samarkanda, Buchara i Chiwa są naprawdę „z nie tej ziemi”. Dwa tygodnie ciężko podzielić między atrakcje architektury i przyrody.

Od razu odpowiem na pytanie postawione w tytule – wystarczy pojechać do Uzbekistanu. Tu portfele są bezużyteczne, a pieniądze nosi się w reklamówkach. Miejscową walutą jest sum, a przelicznik wynosi 2500 sumów za 1 USD, tak było przynajmniej w sierpniu 2011. Wystarczy wymienić więc 400 USD i dostaje się milion sumów.

W Uzbekistanie byłem wraz z 3 kolegami. Wyjazd poświęciliśmy tak przyrodzie jak i architekturze. A w Uzbekistanie jest na co popatrzeć. Ale po kolei. Do Taszkientu dostajemy się samolotem (1700 zł) z międzylądowaniem w Rydze. Na lotnisku ceny zabójcze, piwo za min. 20 zł, a w samolocie oczywiście bez poczęstunków. Po wyjściu z lotniska w Taszkiencie od razu dopadają nas taksówkarze i oferują kurs na dworzec kolejowy za 10 USD, a ponieważ to maks. 3 km, to słono przepłacamy. Na nasze pocieszenie to był jedyny taki przypadek. Naszym celem jest dotarcie nad Amu-darię, ale z krótkimi postojami w dwu miastach po drodze. Na kolei kupujemy bilety do Samarkandy (11 USD) i idziemy spać w zacisznym miejscu w obrębie dworca – jest jeszcze noc.

Bladym świtem pobudka i to nie za sprawą odjazdu pociągu, a dzięki wrzaskom ptaków – majn brunatnych. W pociągu śniadanie w cenie biletu – całkiem znośne; do tego dokupujemy piwo (1,3 USD). W Samarkandzie trafiamy do małego, przytulnego hoteliku. W Uzbekistanie jest ich wiele i oferują rodzinną atmosferę za niską cenę. Nocleg jest ze śniadaniem, nikt się nie śpieszy – siedzimy przy stolikach na dziedzińcu, a właścicielka hotelu serwuje domowe śniadanie, dolewa kawy. Naprawdę super i to za 12 USD, w tym jeszcze opłata meldunkowa.

Samarkanda robi niesamowite wrażenie. Takich barwnych minaretów nie zobaczy się chyba nigdzie indziej na świecie. Na placu przy Registanie trwają próby taneczne. W tym roku 1 września przypada 20-lecie odzyskania niepodległości, pewnie te próby właśnie z tej okazji. Rano jeszcze raz idziemy popatrzeć na miasto, m. in. na targ, gdzie handluje się dosłownie wszystkim. Znaczna część osób ubrana jest w tradycyjne stroje. Panowie noszą na głowie czapki – duppi, a panie paradują w sukniach przetykanych złotymi nitkami. W tym miejscu te stroje, szczególnie kobiet, jakoś współgrają z otoczeniem, a w Polsce kojarzyłyby się z brakiem smaku i minioną epoką. Na pierwszy rzut oka również widać, że ludzie dbają o uzębienie i jest ono tu bardzo kosztowne, bo ze złota.

Dalej pociągiem do Buchary (6 USD) i znowu do małego hoteliku. Buchara jest mniej kolorowa w porównaniu z Samarkandą, ale nie mniej malownicza. Uwagę zwraca ponad 50 m wysokości minaret, który dawniej pełnił różnorakie funkcje, m. in. na jego szczycie rozpalano ogniska i w ten sposób przekazywano sobie wiadomości, a także aż do XVIII wieku tracono tu ludzi spychając ich z wysokości kilkudziesięciu metrów. Pod tym minaretem spotykamy 4 Polaków, motocyklistów jadących do Afganistanu. Są w drodze już 3 tygodnie i przejechali 7 tys. km. Na starym mieście udaje nam się wejść na dziedziniec medresy, choć normalnie o tej porze nie jest to takie proste. Medresa jest cały czas czynna i studiowało tu kilka ważnych osobistości m. in. z Maroka. Wieczorem spotykamy trzech innych Polaków. Przyjechali na grób swojego krewnego, poza tym więcej Polaków już nie spotkaliśmy.

Rano szukamy taksówki aby dostać się nad Amu-darię. Po jakiejś pół godziny jeden z kierowców zgadza się nas tam zawieźć za 110 USD. To przynajmniej 500 km po słabych drogach. Ponieważ chcemy spłynąć tą rzeką dmuchanymi kajakami, które mamy ze sobą, to wcześniej należy zrobić zapasy prowiantu, w tym wody. Najporęczniej właśnie w większym mieści – Bucharze i z całym tym majdanem pojechać nad rzekę. A ten prowiant to m. in. 50 l wody, 10 chlebów, 10 konserw, 24 zupki, i inne drobiazgi. Nazbierało się tego tyle, że samochód tak osiadł na resorach, że nie ma mowy o dalszej jeździe. Nasz kierowca „załatwia” więc nam inny samochód, który da radę podołać bagażom, czyli nowszą wersję Nexii. W ogóle w Uzbekistanie dominują dwie marki Daewoo i Chevrolet. Po załadunku wygląda na to, że jest szansa, że nowa Nexia dowiezie nas do celu. A tym celem jest miejscowość Miskin – tak przynajmniej wynika z mapy wydrukowanej z Internetu.

Jedziemy chyba z 8 godzin. Na początku droga jest zupełnie przyzwoita, później częściowa zasypana przez piaski pustyni Kyzył-Kum, a ostatnie 100 km to same doły. Obok właśnie buduje się nowa droga, szeroka i równa, może w 2012r będzie oddana już do użytku. Nasz kierowca cały czas narzeka wpadając w kolejną dziurę wielkości samochodu. W końcu staje nad rzeką i mówi, że dotarliśmy na miejsce. Z mojej mapy wynika jednak, że to jeszcze nie ta miejscowość. Okazuje się, że to jest Miszkin, a my chcieliśmy do Miskina. Straszny lament, że przecież uzgadnialiśmy i droga taka „….ujowata”. Robotnicy budujący drogę mówią aby tu nie pływać kajakami, bo po drugiej stronie rzeki są Turkmieny, granica i w ogóle nie można. Każemy kierowcy jechać dalsze 30 km do „naszego” Miskina. Kierowca pyta po co jedziemy nad rzekę; mają tu być narkomani, którzy tylko na nas czyhają i w ogóle dużo niebezpieczeństw. Dopłacamy mu 10 USD i żegnamy się już przyjaźnie.

Strony: 1 2

29.11.2013 | admin