Wielka Brytania – Przypływy i odpływy

Wielka Brytania -  Lancashire, Blackpool - Wrak promu Riverdance

Wielka Brytania  Przypływy i odpływy

Refleksje z pierwszych dni pobytu w Blackpool nad Morzem Irlandzkim. Niechętnie jechałem do tego miasta. Na różnych forach internetowych czytałem bowiem, że jest to miejsce ociekające seksem i tłuszczem fast foodów. Poza tym miało tu śmierdzieć octem, miało być brudno, zimno i nieprzyjemnie. Mimo to zaryzykowałem…
Dzień pierwszy

Przed południem wybrałem się na zwiedzanie miasta. Zacząłem oczywiście od chluby Blackpool, czyli nadmorskiej promenady. Nie wiem co Anglicy widzieli w tym fragmencie burego Morza Irlandzkiego, ale właśnie to miejsce wyznaczyli sobie na narodowy kurort, do którego ściąga co roku około dziesięciu milionów turystów. Wzdłuż promenady rozlokowana jest trudna do zliczenia ilość hoteli, w tym takich jak: Hilton, Imperial, Sheraton, Metropole czy Savoy. W całym Blackpool wraz z pensjonatami jest ich ponad trzy tysiące.

Spacer utrudniał mi nieco porywisty wiatr i wdzierające się wraz nim bryzgi słonej wody, która podczas przypływu wlewa się nawet na jezdnię. Po drodze zajrzałem do olbrzymiego salonu gier (miasto to bywa niekiedy nazywane angielskim Las Vegas). Potem przeszedłem obok zbudowanej z metalowych elementów wieży widokowej, która od biedy może kojarzyć się z tą zaprojektowaną przez Gustawa Eiffla, jednak do tej paryskiej sporo jej brakuje.

Już ze wstępnego rekonesansu widzę, że Blackpool to miasto składające się głównie z jedno i dwupiętrowych budynków. W całym mieście jest zaledwie pięć wieżowców. Charakterystyczną cechą nadmorskich dzielnic jest również niemal całkowity brak zieleni. Sprawia to dość przygnębiające wrażenie.

Dzień drugi

Narzekałem wczoraj na brak zieleni w Blackpool. Nie do końca miałem rację. Znajdują się tu bowiem – jak się okazuje – prawdziwe enklawy prawie niczym nieskażonej przyrody. Myślę tu o parku im. Stanleya. Na kilkunastu hektarach gruntu znaleźć tu można piękne trawniki, rabatki kwiatowe i sporo starych drzew. Jest też niewielkie jeziorko, w którym można wędkować, co w parkach nie jest raczej częstym zjawiskiem. Na trawnikach i w alejkach spotkać można sporo szarych wiewiórek, które od czasu sprowadzenia z USA tak się rozpleniły na tych terenach, że niemal całkowicie wyparły znaną nam dobrze wiewiórkę pospolitą. Generalnie wszakże zieleń jest tutaj jakąś wyblakła, jakby pozbawiona soczystości. Obok parku znajduje sie ZOO. Za obejrzenie zgromadzonych tu okazów fauny zapłacić trzeba 11 funtów.

Dzień trzeci

Dzisiaj wybrałem się w kierunku Pleasure Beach, czyli parku rozrywki. Po drodze zaliczyłem dworzec kolejowy (nic szczególnego) oraz kilka kościołów anglikańskich. W jednym z nich, bodajże Saint Paul’s, podszedł do mnie miejscowy duchowny i próbował zagadnąć.

– No English – pokręciłem przecząco głową. – Im Polish – uzupełniłem swoją „kwiecistą” wypowiedź, kierując się do wyjścia.

– Polish? – ksiądz złapał mnie za rękaw i tłumacząc coś gęsto, pokazywał ręką kierunek. Rozumiałem z tego pojedyncze słowa, takie jak: „polish church” i „Newton Drive”. Domyśliłem się zatem, że pokazywał mi drogę do polskiego kościoła. Powiedziałem mu więc „thank you” i… poszedłem w przeciwnym kierunku.

Idąc dalej „odkryłem”, że tablice rejestracyjne mają w Anglii różne kolory, tzn. białe z przodu i żółte z tyłu samochodu. Czy oni zawsze muszą wszystko udziwniać? Innego rodzaju spostrzeżenie dotyczy dużej podaży domów i mieszkań do sprzedania. Niemal co krok napotykałem tablice z napisem „For sale” i podanym numerem telefonu do biura nieruchomości. W jednym przypadku była nawet cena – 130 tysięcy funtów za całkiem okazały dom.

W końcu dotarłem do wesołego miasteczka. Od razu zwróciłem uwagę na największy w Anglii rollercoaster (Pepsi Max Big One za 7 funtów od łebka). Nigdy w życiu nie jechałem żadną górską kolejką, toteż miałem mgliste pojęcie o wrażeniach z takiej przejażdżki. W innym wypadku pewnie nie wsiadałbym tak ochoczo do wagonika… Mówiąc poważnie, nie mam lęku wysokości ani przestrzeni, ale na grawitację i przeciążenia nie mam wpływu. A takich właśnie doznań doświadcza się w trakcie jazdy rollercoasterem. Zaraz po starcie wagonik powoli wspina się prawie pionowo pod około 70-metrowy wierzchołek stalowej konstrukcji. W tym momencie spokojnie fotografuję (choć jest to zabronione) poszczególne elementy kolejki i panoramę Blackpool.

Żarty kończą się, gdy kolejka odczepia się od wciągającego ją do góry łańcucha i siłą bezwładności spada po niemal prostopadłym do powierzchni ziemi torze. Kurczowo łapię się rękami poręczy (puszczony samopas aparat dynda mi gdzieś z tyłu głowy zawieszony na szyi), zaś nogi z całej siły wciskam w podłogę. Zjazd z prędkością znacznie przekraczającą 100 km/h trwa jednak bardzo krótko, gdyż po chwili kolejka znów szybuje do góry, choć tym razem na mniejszy wierzchołek. Potem jest jeszcze kilka pętli, w tym elementy jazdy po skosie, co pozwala zadziałać siłom odśrodkowym, dośrodkowym i wszelkim innym. Ja w każdym razie martwię się tylko o aparat i o niebezpiecznie podskakujące na nosie okulary.

Po zakończeniu jazdy otrzymuję reprymendę od pracownika obsługi za używanie aparatu. Udaję, że nie wiem o co mu chodzi i próbuję tłumaczyć swoją niesubordynację nieznajomością języka. Wtedy okazuje się, że mam do czynienia z Polakiem…

Strony: 1 2

12.12.2012 | admin